Tego dnia, gdy poznałem Ewę, poszliśmy po lekcjach na pączki. Niedaleko liceum była mała prywatna cukiernia. Już jej nie ma, niczego już nie ma. Kupiłem całą torbę pączków i kefir truskawkowy w spożywczym, a potem jedliśmy te lepkie od lukru, tłuste ciastka na skwerze przed szpitalem położniczym. Nigdy przedtem nie widziałem, by dziewczyna tak jadła. Nie łakomie, raczej zawzięcie. Odgryzała wielkie kawały i oblizywała wargi. Wokół ust miała drobinki lukru i marmolady. Patrzyłem zafascynowany i coraz bardziej podniecony. Chciałem całować jej polukrowane usta, zlizywać cząsteczki różanej marmolady. Ostatniego pączka zastawiła dla ciebie i wepchnęła tutkę do płóciennej torby na ramię. "Mam młodszą siostrę" powiedziała, "gdyby nie to, zjadłabym jeszcze jednego". Pamiętam tamtą chwilę jakby była wczoraj. (...)
Siedzieliśmy w pełnym słońcu, trawa na skwerze była tak zielona, jak zdarza się tylko w snach. Ewa z przechyloną głową wysączyła ostatnie krople kefiru, wytarła usta brzegiem dłoni. "Wiesz dlaczego trawa jest tu taka zielona?" Pokręciłem głową. "Bo chowają w niej trupki". "Trupki?" "Ze szpitala. Martwe płody i noworodki. W jesienne noce zakopują tu całe kosze ciałek. Niektóre mają dwie głowy, cztery ręce, skrzela, pokryte są futrem". Martwe płody nie mogły mnie przerazić, bo byłem synem ginekologa i miałem za parę lat zostać lekarzem, ale chciałem zrozumieć sens jej opowieści. "Dlaczego je tu zakopują?" "Bo faceci z krematorium sprzedają węgiel na lewo. Piją" wyjaśniła, jakby to była najoczywistsza rzecz. "Podczas pełni księżyca unosi się tu seledynowa poświata. To dusze tych dzieci. Wcale nie są smutne. Cieszą się, że nie żyją. Chciałbyś zobaczyć? Możemy kupić wino, i może parę pączków, i czekać na tej samej ławce. Chyba nie boisz się duchów?" Wiem, że mnie sprawdzała. Chciała wiedzieć, czy się nadaję.
- fragment powieści Ciemno, prawie noc Joanny Bator


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz