Recenzja Głodu Martina Caparrósa
Czasem jest tak, że ktoś tworzy siedmiusetstronicową książkę na temat
niby najbardziej „rozwiązywalny”, lecz sam osądza ją później jako porażkę.
World Food Programme (autorzy tego radosnego cytaciku w tytule) nie przyjmie
tego do siebie, bo jak wszystko w amerykańskim stylu nawet pomaganie
dramatycznie głodującym musi być „the greatest”.
Głód Martina Caparrósa został
okrzyknięty najważniejszym reportażem ostatnich lat. W całym dorobku twórczości
argentyńskiego dziennikarza ta pozycja przyniosła mu największy rozgłos. Summa
cywilizacyjna. Kronika naszej epoki. Bezwzględna krytyka naszych osiągnięć. Ta
wielka księga jest długoletnim efektem wnikliwych badań praw, jakimi rządzi się
gospodarka i w jakim stopniu łączy się ona z polityką, oraz wielu podróży,
wielu rozmów z ludźmi rozrzuconymi po całym świecie. Po dłuższej lekturze ma
się wrażenie zagłębienia się w nieskończony strumień ludzkich historii, które
składają się na zwykłą statystyczną liczbę: miliard głodujących.
A przecież każdy z nas ma jakąś świadomość. Ile razy mówiło się: „Zjedz
wszystko ładnie, bo dzieci w Afryce głodują”. Jest to tak wytarty frazes, że aż
przykro pisać. Jednakże jest ze wszystkim, co pachnie niezdrowym zaangażowaniem
– jakakolwiek skrajność przeraża. I Caparrós doskonale zdaje sobie z tego
sprawę. Dlatego jego książka przybrała po części nie tylko formę rozbudowanego
studium problemu jako takiego – czyli przytaczanie historii różnych ludzi – ale
jest też (co moim zdaniem jest jednym z jej największych atutów) próbą
uchwycenia tego, co dzieje się w umyśle człowieka będącego po tej lepszej
stronie. „Jak, do diabła możemy żyć, wiedząc, że dzieją się takie rzeczy?”
Każdy z nas w codziennym życiu nie jest okrutnikiem: ratujemy zwierzątka,
przyrodę, więc na pewno nakarmilibyśmy to symboliczne głodujące afrykańskie
dziecko. Tak byłoby na pewno, gdyby mieszkało za rogiem. W tym tkwi cały
problem. Stąd temat głodu zawiera się w krytyce globalizacji. Prawdą jest, że
przeciętny czytelnik korzysta z jej dobrodziejstw, ale nie potrafi już
spostrzec swojego „globalnego bliźniego”. Być może jeszcze do tego nie
dojrzeliśmy.
Są takie chwile, gdy dajemy przeprowadzić na sobie szantaż emocjonalny i
jedyne, co tak naprawdę możemy zrobić, by zatkać dziurę w swoim sumieniu, to „rzucić
stówkę na fundację”. Ale nigdy nie będzie to nas dotyczyć, w żaden sposób nie
wpłynie to na nasze życie. Dziennikarz wnikliwie przytacza „osiągnięcia”
niezliczonych akcji humanitarnych, które (w większości) nachalnie popełniają
ten sam błąd – pomagają doraźnie, chwilowo, np. wskutek klęski żywiołowej.
Oczywiście odbywa się to na zasadzie darowania pańskiej jałmużny. Po wizycie w Nigrze
i Sudanie Południowym – dziennikarz ze smutkiem dochodzi do wniosku, że
najgorzej mają te rodziny afrykańskie, które żyją w krajach nie dręczonych
konfliktami ani klimatycznymi zmianami. Takie miejsca zostały już dawno
zapomniane; nawet akcje humanitarne dają swoje ciche przyzwolenie na ten
najgorszy głód z możliwych – cichy i pełzający. Wstrząsający jest także
reportaż z uboższych dzielnic wielkich miast w Stanach Zjednoczonych, aż trudno
uwierzyć, że w najbogatszym państwie świata występuje ubóstwo (choć jest to
jego inna odmiana).
Autor Głodu opisuje jak za
pomocą wykorzystania skomplikowanych działań gospodarczych można zarobić na
humanitarnośc. I co gorsza, dla ilu niepożądanych działań jest to
usprawiedliwieniem. Cała dzisiejsza odmiana kolonializmu odbywa się pod egidą
„niesienia kaganka cywilizacji” – nowe drogi, szkoły i przede wszystkim miejsca
pracy. Przykry jest fakt, że wszędzie wygląda to tak samo, czy w Bangladeszu, w
Argentynie, na Madagaskarze… W efekcie ich lekarstwa są częścią choroby. Najstraszniejszy jest chyba fakt, że
tak naprawdę nie ma żadnego przepisu regulującego to, czy ktoś może nabyć
ziemię na Madagaskarze – jeżeli ma odpowiednią ilość pieniędzy (i stwierdza, że
tutejsi gospodarują ziemią w sposób „samowolny i niemądry”) to może spokojnie wykupić ogromne tereny z gwarancją „świętego
spokoju” – to oznacza rugowanie tamtejszych rolników z ich ziemi (do której są
bardzo przywiązani, co nie do końca możemy zrozumieć), a ponadto wywożenie
plonów za granicę. Ryżu tam urodzonego nie wpuszcza się w obieg lokalnego
rynku. Okrutne prawda? Ale jeszcze okrutniejsza jest świadomość, że takie
barbarzyńskie wykupywanie ziem odbywa się za pośrednictwem naszych pieniędzy
odkładanych na fundusz emerytalny.
Faktem jest, że i tak na
głodujących zwrócono największą uwagę po pierwszych zamachach terrorystycznych,
gdy ludzie Zachodu zauważyli, że głodny człowiek to człowiek skłonny do
wszelkiego rodzaju rebelii. A to rozwija kolejną szpulę wątków, których
podłożem jest brak bezpieczeństwa żywnościowego. Żeby zdobyć jedzenie, musisz
ukraść, sprzedać narkotyki, „zatrudnić się” w burdelu, chociaż nie rozumiesz
czemu lekarz powiedział, że dziecko jest niedożywione, bo codziennie dajesz mu walwal;
pójść na marsz polityczny, którego celu w ogóle nie rozumiesz, ale najważniejsze
jest to, że za to Ci płacą; wysłać dziecko z garnkiem do jadłodajni, bo
przecież Ty się nie przyznasz, że nie dajesz rady, wstydzisz się.
Wstyd występuje w „najlepszej” wersji. Wstyd albo nic – spokój. Tak
umierają ludzie z głodu, powoli i bez krzyku.
Jest to książka napisana z niesamowicie odważnym rozmachem – dążąca do
ukazania jak najpełniejszej całości. Głód
– sam tytuł jest tak bezprecedensowy, że nie można jej nawet porównać do
tysięcy dziennikarzy i urzędników używających eufemistycznych stwierdzeń w
stylu „brak bezpieczeństwa żywieniowego” i ciągłego zasłaniania się cyframi,
które są puste i wywołują u przeciętnego odbiorcy mniejsze emocje niż
pojedyncze historie. Autor przyznaje się także do popełnienia tego błędu, ale
stwierdza, że nie ma innego języka, który dobitniej by to przedstawiał.
Autor usilnie stara się dotrzeć jak najbliżej tego „zachodniego”
czytelnika. W jego stabilnym życiu głód może w najlepszym przypadku stanowić
metaforę nierówności. Najczęściej jednak wydaje to mu się czymś zamierzchłym,
problemem, z głębokiego średniowiecza, z którym rozwój cywilizacyjny zdążył
sobie poradzić. Więc jego relacja ma formę misternej mozaiki ułożonej ze
statystyk i historii pojedynczych przypadków, aby uderzyć obuchem w głowę,
pozbawić apetytu, wywołać smutek i przede wszystkim obrzydzenie. Zderzenie
dotkliwych historii ofiar z ironicznymi odpowiedziami w stylu: „Więc mówię, nie
trzeba udawać nawiedzonego: ojoj, nędza jednego człowieka jest moją nędzą, ach,
jeśli jeden człowiek nie ma co jeść, nie mogę zasnąć – takie gadki są dobre,
jak się chce poderwać naiwną laskę.” – jest
niemalże psychologiczną zagrywką, której się „dajemy” i mamy ochotę rzucić
książkę w kąt.
Oczywiście dość szybko zadajemy sobie pytanie, czy to aby na pewno nie
jest wyolbrzymione? Jeżeli tak miałoby być, to w jakim celu? Książka nie wspiera żadnej fundacji i nie
prosi o pieniądze pod pretekstem pomocy dla biednych. Po co? Jak prawdziwy
zaangażowany reportaż służy dobitnemu uświadamianiu. I tyle. Z jednym się
jednak nie zgadzam. Autor bardzo często wspomina o przeludnieniu jako o rzeczy
już dokonanej. Wydawałoby się logiczne – jeżeli są głodujący, to znaczy, że
jest nas za dużo i nie możemy wszystkich wykarmić. Jest już faktem powszechnie
znanym, że produkujemy żywność dla 9 miliardów, problemem jest jej właściwa
dystrybucja. W związku z tym Caparrós tworzy nową definicję przeludnienia,
której nadwyżkę stanowią Ci, niemający żadnego statusu społecznego, są
wykluczeni, nie mają żadnej pracy, ani żadnej koniecznej funkcji. Nie są nawet
proletariatem. Jest to według mnie kwestia najbardziej paląca – jeżeli dałoby
się dostatecznie udowodnić, że Ci ludzie nie są odpadkami systemu, zabralibyśmy
największy argument zachodniego człowieka – Ci ludzie umierają, bo muszą, bo
takie są mechanizmy natury, która broni się przed zbyt dużym zagęszczeniem
osobników jednego gatunku.
Oczywiście sam Caparrós nie wyznaje tej teorii i jak każdy zwykły
człowiek z przyrodzoną sobie empatią chciałby temu zapobiec, lecz pozostaje
tylko uczucie bezsilności. Bezsilność, która pogłębia się z każdą odwracaną
stroną, by przerodzić się w frustrację i ostatecznie wybuchnąć wściekłością. To
jedyne w co wierzy ten uparty dziennikarz – we wściekłość jako jedyny żywioł,
który mógłby cokolwiek zdziałać. Faktycznie na razie wygląda to tak, jakby cała
ta „świadoma” część świata mówiła: „Ach, jakże to oburzające mój drogi.” Samo
oburzenie nigdy nie wywołało rewolucji. A zdaniem Caparrósa świat wymaga zmiany
modelu społecznego i politycznego, a w konsekwencji zmianę systemu
gospodarczego. Słusznie zauważa, że jest to zadanie niezwykle trudne, ponieważ
żyjemy w epoce pozbawionej ideałów i autorytetów. Bez tej podstawy nie uda nam
się zbudować jakiegokolwiek ruchu. Jest to jedyny promyczek nadziei lub raczej
postawione zadanie przed nami w tej całej bezsilnej, heroicznej walce, gdzie
trzeba skupić się na robieniu samym w sobie, a
nie na budowaniu kolejnych „sukcesów”. Zadanie strasznie niekomfortowe dla
czytelnika, bo z TAKĄ świadomością już nie można spokojnie siedzieć przy
talerzu do końca życia.
Myślę, że to książka nie bez powodu okrzyknięta najważniejszą w 2016 roku.
Jest to dobra pozycja, mierzona miarą właściwą dla literatury faktu – czyli
ilością wybuchających emocji i ciągłych dyskusji. Może ten fakt niektórych
bawi, ale cieszy mnie to, że stała się bestsellerem, jest popularna i wszyscy
blogerzy i vlogerzy doszli do wniosku, że jednak warto opowiedzieć o ogromnym,
moralizatorskim i nieatrakcyjnym dziele. Jak przystało na w miarę
zobiektywizowany reportaż – dąży on do ukazania faktów, stąd nie proponuje
niczego konkretnego na zamknięcie tej katastrofy, która pochłania „półtora
holokaustu rocznie”. Odziera
człowieka Zachodu z wszystkiego w co do tej pory wierzył: w fundacje, w
jałmużnę, w modernizację rolnictwa, w Bono i papieża. Wszystko to osiąga
przedstawiając jedynie dotychczasowe próby, które (jak widać) są zaledwie
wytarciem kropelki w morzu.
Mimo że momentami przywołuje
niezwykle skomplikowane naukowe dane, jest to książka na swój sposób
uniwersalna i poruszająca najgłębsze humanistyczne kwestie: na ile ludzie ze
świata cywilizowanego (domniemani twórcy kultury) mogą mówić o humanitaryzmie,
a w efekcie człowieczeństwie, jeżeli na coś takiego dają ciche przyzwolenie? Na
ile możemy mówić o jakiejkolwiek ewolucji społecznej? I mimo że ta książka
owszem jest porażką, bo jest zapisem klęski setek tysięcy ludzi, którzy nie
mają przyszłości, a najśmielszym szczytem marzeń są po prostu dwie krowy. To
trudne zadanie tego strumienia historii – pokazać człowiekowi tę perspektywę
lub raczej jej brak. Caparrósowi i jego książkom często zarzucano „lewicowość”,
czego się nie wstydzi, a wręcz nawet podkreśla, że jest to dla niego sposób na
zmienianie świata. U niego lewicowość niezwykle klarownie łączy się z
idealizmem. Więc ja też głęboko wierzę, że ta książka jest potrzebna.
„Mówienie o głodzie kończy się na mówieniu o głodzie.”

Niesamowita recenzja na temat niezwykłej książki. Gratuluję i czekam na kolejne tak poruszające przemyślenia!
OdpowiedzUsuń