Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 lutego 2017

The World‘s greatest solvable problem


Recenzja Głodu Martina Caparrósa

Czasem jest tak, że ktoś tworzy siedmiusetstronicową książkę na temat niby najbardziej „rozwiązywalny”, lecz sam osądza ją później jako porażkę. World Food Programme (autorzy tego radosnego cytaciku w tytule) nie przyjmie tego do siebie, bo jak wszystko w amerykańskim stylu nawet pomaganie dramatycznie głodującym musi być „the greatest”.
Głód Martina Caparrósa został okrzyknięty najważniejszym reportażem ostatnich lat. W całym dorobku twórczości argentyńskiego dziennikarza ta pozycja przyniosła mu największy rozgłos. Summa cywilizacyjna. Kronika naszej epoki. Bezwzględna krytyka naszych osiągnięć. Ta wielka księga jest długoletnim efektem wnikliwych badań praw, jakimi rządzi się gospodarka i w jakim stopniu łączy się ona z polityką, oraz wielu podróży, wielu rozmów z ludźmi rozrzuconymi po całym świecie. Po dłuższej lekturze ma się wrażenie zagłębienia się w nieskończony strumień ludzkich historii, które składają się na zwykłą statystyczną liczbę: miliard głodujących.
A przecież każdy z nas ma jakąś świadomość. Ile razy mówiło się: „Zjedz wszystko ładnie, bo dzieci w Afryce głodują”. Jest to tak wytarty frazes, że aż przykro pisać. Jednakże jest ze wszystkim, co pachnie niezdrowym zaangażowaniem – jakakolwiek skrajność przeraża. I Caparrós doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Dlatego jego książka przybrała po części nie tylko formę rozbudowanego studium problemu jako takiego – czyli przytaczanie historii różnych ludzi – ale jest też (co moim zdaniem jest jednym z jej największych atutów) próbą uchwycenia tego, co dzieje się w umyśle człowieka będącego po tej lepszej stronie. „Jak, do diabła możemy żyć, wiedząc, że dzieją się takie rzeczy?” Każdy z nas w codziennym życiu nie jest okrutnikiem: ratujemy zwierzątka, przyrodę, więc na pewno nakarmilibyśmy to symboliczne głodujące afrykańskie dziecko. Tak byłoby na pewno, gdyby mieszkało za rogiem. W tym tkwi cały problem. Stąd temat głodu zawiera się w krytyce globalizacji. Prawdą jest, że przeciętny czytelnik korzysta z jej dobrodziejstw, ale nie potrafi już spostrzec swojego „globalnego bliźniego”. Być może jeszcze do tego nie dojrzeliśmy.
Są takie chwile, gdy dajemy przeprowadzić na sobie szantaż emocjonalny i jedyne, co tak naprawdę możemy zrobić, by zatkać dziurę w swoim sumieniu, to „rzucić stówkę na fundację”. Ale nigdy nie będzie to nas dotyczyć, w żaden sposób nie wpłynie to na nasze życie. Dziennikarz wnikliwie przytacza „osiągnięcia” niezliczonych akcji humanitarnych, które (w większości) nachalnie popełniają ten sam błąd – pomagają doraźnie, chwilowo, np. wskutek klęski żywiołowej. Oczywiście odbywa się to na zasadzie darowania pańskiej jałmużny. Po wizycie w Nigrze i Sudanie Południowym – dziennikarz ze smutkiem dochodzi do wniosku, że najgorzej mają te rodziny afrykańskie, które żyją w krajach nie dręczonych konfliktami ani klimatycznymi zmianami. Takie miejsca zostały już dawno zapomniane; nawet akcje humanitarne dają swoje ciche przyzwolenie na ten najgorszy głód z możliwych – cichy i pełzający. Wstrząsający jest także reportaż z uboższych dzielnic wielkich miast w Stanach Zjednoczonych, aż trudno uwierzyć, że w najbogatszym państwie świata występuje ubóstwo (choć jest to jego inna odmiana).
Autor Głodu opisuje jak za pomocą wykorzystania skomplikowanych działań gospodarczych można zarobić na humanitarnośc. I co gorsza, dla ilu niepożądanych działań jest to usprawiedliwieniem. Cała dzisiejsza odmiana kolonializmu odbywa się pod egidą „niesienia kaganka cywilizacji” – nowe drogi, szkoły i przede wszystkim miejsca pracy. Przykry jest fakt, że wszędzie wygląda to tak samo, czy w Bangladeszu, w Argentynie, na Madagaskarze… W efekcie ich lekarstwa są częścią choroby. Najstraszniejszy jest chyba fakt, że tak naprawdę nie ma żadnego przepisu regulującego to, czy ktoś może nabyć ziemię na Madagaskarze – jeżeli ma odpowiednią ilość pieniędzy (i stwierdza, że tutejsi gospodarują ziemią w sposób „samowolny i niemądry”) to może spokojnie wykupić ogromne tereny z gwarancją „świętego spokoju” – to oznacza rugowanie tamtejszych rolników z ich ziemi (do której są bardzo przywiązani, co nie do końca możemy zrozumieć), a ponadto wywożenie plonów za granicę. Ryżu tam urodzonego nie wpuszcza się w obieg lokalnego rynku. Okrutne prawda? Ale jeszcze okrutniejsza jest świadomość, że takie barbarzyńskie wykupywanie ziem odbywa się za pośrednictwem naszych pieniędzy odkładanych na fundusz emerytalny.
 Faktem jest, że i tak na głodujących zwrócono największą uwagę po pierwszych zamachach terrorystycznych, gdy ludzie Zachodu zauważyli, że głodny człowiek to człowiek skłonny do wszelkiego rodzaju rebelii. A to rozwija kolejną szpulę wątków, których podłożem jest brak bezpieczeństwa żywnościowego. Żeby zdobyć jedzenie, musisz ukraść, sprzedać narkotyki, „zatrudnić się” w burdelu, chociaż nie rozumiesz czemu lekarz powiedział, że dziecko jest niedożywione, bo codziennie dajesz mu walwal; pójść na marsz polityczny, którego celu w ogóle nie rozumiesz, ale najważniejsze jest to, że za to Ci płacą; wysłać dziecko z garnkiem do jadłodajni, bo przecież Ty się nie przyznasz, że nie dajesz rady, wstydzisz się.
Wstyd występuje w „najlepszej” wersji. Wstyd albo nic – spokój. Tak umierają ludzie z głodu, powoli i bez krzyku.
Jest to książka napisana z niesamowicie odważnym rozmachem – dążąca do ukazania jak najpełniejszej całości. Głód – sam tytuł jest tak bezprecedensowy, że nie można jej nawet porównać do tysięcy dziennikarzy i urzędników używających eufemistycznych stwierdzeń w stylu „brak bezpieczeństwa żywieniowego” i ciągłego zasłaniania się cyframi, które są puste i wywołują u przeciętnego odbiorcy mniejsze emocje niż pojedyncze historie. Autor przyznaje się także do popełnienia tego błędu, ale stwierdza, że nie ma innego języka, który dobitniej by to przedstawiał.
Autor usilnie stara się dotrzeć jak najbliżej tego „zachodniego” czytelnika. W jego stabilnym życiu głód może w najlepszym przypadku stanowić metaforę nierówności. Najczęściej jednak wydaje to mu się czymś zamierzchłym, problemem, z głębokiego średniowiecza, z którym rozwój cywilizacyjny zdążył sobie poradzić. Więc jego relacja ma formę misternej mozaiki ułożonej ze statystyk i historii pojedynczych przypadków, aby uderzyć obuchem w głowę, pozbawić apetytu, wywołać smutek i przede wszystkim obrzydzenie. Zderzenie dotkliwych historii ofiar z ironicznymi odpowiedziami w stylu: „Więc mówię, nie trzeba udawać nawiedzonego: ojoj, nędza jednego człowieka jest moją nędzą, ach, jeśli jeden człowiek nie ma co jeść, nie mogę zasnąć – takie gadki są dobre, jak się chce poderwać naiwną laskę.” – jest niemalże psychologiczną zagrywką, której się „dajemy” i mamy ochotę rzucić książkę w kąt.
Oczywiście dość szybko zadajemy sobie pytanie, czy to aby na pewno nie jest wyolbrzymione? Jeżeli tak miałoby być, to w jakim celu?  Książka nie wspiera żadnej fundacji i nie prosi o pieniądze pod pretekstem pomocy dla biednych. Po co? Jak prawdziwy zaangażowany reportaż służy dobitnemu uświadamianiu. I tyle. Z jednym się jednak nie zgadzam. Autor bardzo często wspomina o przeludnieniu jako o rzeczy już dokonanej. Wydawałoby się logiczne – jeżeli są głodujący, to znaczy, że jest nas za dużo i nie możemy wszystkich wykarmić. Jest już faktem powszechnie znanym, że produkujemy żywność dla 9 miliardów, problemem jest jej właściwa dystrybucja. W związku z tym Caparrós tworzy nową definicję przeludnienia, której nadwyżkę stanowią Ci, niemający żadnego statusu społecznego, są wykluczeni, nie mają żadnej pracy, ani żadnej koniecznej funkcji. Nie są nawet proletariatem. Jest to według mnie kwestia najbardziej paląca – jeżeli dałoby się dostatecznie udowodnić, że Ci ludzie nie są odpadkami systemu, zabralibyśmy największy argument zachodniego człowieka – Ci ludzie umierają, bo muszą, bo takie są mechanizmy natury, która broni się przed zbyt dużym zagęszczeniem osobników jednego gatunku.
Oczywiście sam Caparrós nie wyznaje tej teorii i jak każdy zwykły człowiek z przyrodzoną sobie empatią chciałby temu zapobiec, lecz pozostaje tylko uczucie bezsilności. Bezsilność, która pogłębia się z każdą odwracaną stroną, by przerodzić się w frustrację i ostatecznie wybuchnąć wściekłością. To jedyne w co wierzy ten uparty dziennikarz – we wściekłość jako jedyny żywioł, który mógłby cokolwiek zdziałać. Faktycznie na razie wygląda to tak, jakby cała ta „świadoma” część świata mówiła: „Ach, jakże to oburzające mój drogi.” Samo oburzenie nigdy nie wywołało rewolucji. A zdaniem Caparrósa świat wymaga zmiany modelu społecznego i politycznego, a w konsekwencji zmianę systemu gospodarczego. Słusznie zauważa, że jest to zadanie niezwykle trudne, ponieważ żyjemy w epoce pozbawionej ideałów i autorytetów. Bez tej podstawy nie uda nam się zbudować jakiegokolwiek ruchu. Jest to jedyny promyczek nadziei lub raczej postawione zadanie przed nami w tej całej bezsilnej, heroicznej walce, gdzie trzeba skupić się na robieniu samym w sobie, a nie na budowaniu kolejnych „sukcesów”. Zadanie strasznie niekomfortowe dla czytelnika, bo z TAKĄ świadomością już nie można spokojnie siedzieć przy talerzu do końca życia.
Myślę, że to książka nie bez powodu okrzyknięta najważniejszą w 2016 roku. Jest to dobra pozycja, mierzona miarą właściwą dla literatury faktu – czyli ilością wybuchających emocji i ciągłych dyskusji. Może ten fakt niektórych bawi, ale cieszy mnie to, że stała się bestsellerem, jest popularna i wszyscy blogerzy i vlogerzy doszli do wniosku, że jednak warto opowiedzieć o ogromnym, moralizatorskim i nieatrakcyjnym dziele. Jak przystało na w miarę zobiektywizowany reportaż – dąży on do ukazania faktów, stąd nie proponuje niczego konkretnego na zamknięcie tej katastrofy, która pochłania „półtora holokaustu rocznie”. Odziera człowieka Zachodu z wszystkiego w co do tej pory wierzył: w fundacje, w jałmużnę, w modernizację rolnictwa, w Bono i papieża. Wszystko to osiąga przedstawiając jedynie dotychczasowe próby, które (jak widać) są zaledwie wytarciem kropelki w morzu.
            Mimo że momentami przywołuje niezwykle skomplikowane naukowe dane, jest to książka na swój sposób uniwersalna i poruszająca najgłębsze humanistyczne kwestie: na ile ludzie ze świata cywilizowanego (domniemani twórcy kultury) mogą mówić o humanitaryzmie, a w efekcie człowieczeństwie, jeżeli na coś takiego dają ciche przyzwolenie? Na ile możemy mówić o jakiejkolwiek ewolucji społecznej? I mimo że ta książka owszem jest porażką, bo jest zapisem klęski setek tysięcy ludzi, którzy nie mają przyszłości, a najśmielszym szczytem marzeń są po prostu dwie krowy. To trudne zadanie tego strumienia historii – pokazać człowiekowi tę perspektywę lub raczej jej brak. Caparrósowi i jego książkom często zarzucano „lewicowość”, czego się nie wstydzi, a wręcz nawet podkreśla, że jest to dla niego sposób na zmienianie świata. U niego lewicowość niezwykle klarownie łączy się z idealizmem. Więc ja też głęboko wierzę, że ta książka jest potrzebna.
„Mówienie o głodzie kończy się na mówieniu o głodzie.”

niedziela, 28 lutego 2016

"Ja? Nie chcę opowiadać..."

#WielkobukoweWyzwanie2016
Oparta na faktach

 
Nie wiem, czy jest się czym chwalić, ale autorkę znałam, zanim jeszcze dostała nagrodę Nobla. Jeszcze jakiś czas temu, kiedy pożerałam wszystko, co napisano, nagrano lub po prostu stworzono o katastrofie w Czarnobylu, natrafiłam na audiobook Czarnobylskiej modlitwy w naszej fantastycznej bibliotece. I z tych "wielkich" poszukiwań dla zaspokojenia niezdrowej ciekawości najbardziej pamiętam tę książkę. Ona była najstraszniejsza. 
Napisać taką książkę o wojnie, żeby niedobrze się robiło na myśl o niej, żeby sama ta myśl była wstrętna. Szalona. Żeby nawet generałom zrobiło się niedobrze.
Wszystko się zgadza z tytułem - wojna nie ma w sobie nic z kobiety, ani w ogóle z człowieka. Przedstawione w stylu Aleksijewicz - do opisu jednego zjawiska zbierzmy setki ludzi. Każdy rozdział jest przeznaczony na oddzielny problem, z jakim musiały się borykać rosyjskie kobiety podczas II wojny światowej. Historie, nie tylko kobiet, które służyły w wojsku, ale też praczek, matek, dziewczynek... Czasem, jedną opowieść tworzy dwadzieścia osób, czasem jest to pojedyncza relacja. Bez żadnych górnolotnych słów, opowiadają ludzie prości, doświadczeni i to odgrywa tutaj wielką rolę w odbiorze tego zbioru.
(...) język i uczucia ludzi wykształconych często w większym stopniu ulegają obróbce czasu. Zapisane są jego szyfrem. Zarażone cudzą wiedzą.
 Gdy zwróci się uwagę na mnogość wszystkich nazwisk tu występujących, powoli dociera jak wiele jest takich smutnych żywotów. Pojedyncze wątki zaczynają się ze sobą zlewać pozostawiając w głowie tylko wrażenie ogromnego, przerażającego chóru. Reporterka zainteresowała się tym tematem, ponieważ wyszła z założenia, że za dużo mówi się o "męskiej" wojnie, historii faktów, frontów, broni, historii bez duszy. Warto też zwrócić uwagę, że pisanie książki zostało ukończone w 1985, kiedy jeszcze nie o wszystkim wolno było pisać. Trzeba przyznać, że to bardzo odważne przedsięwzięcie.
Ja mam więcej konkretnej wiedzy wojskowej, a ona uczuć.
Jeszcze nigdy wcześniej nie czytałam takiej książki. "Kobieca" wojna faktycznie jest całkiem inna. Przede wszystkim ma więcej odcieni szarości. Nie wiem, dlaczego. Może właśnie, z powodu tej emocjonalności, która nie pozwala na patrzenie na świat w kategoriach czarno-białych. Oczywiście, też trzeba pamiętać, że tamte kobiety były inne. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że wrażliwsze. Przed wojną kobiety nie miały np. dostępu do brutalnych krwawych filmów, a nie ukrywajmy też, że większość nie miała pracy. To były młode 16-20  letnie dziewczyny, niektóre uczące się, niektóre mieszkające na wsi, mamy od dziecka uczyły szyć, zaplatać warkocze, ładnie się ubierać... Spodnie? Dopiero na wojnie. 
Każdemu rannemu powinnyście mówić, że go kochacie. Bo miłość to wasze najskuteczniejsze lekarstwo. Miłość chroni, daje siły potrzebne do przeżycia
Bardzo mocno przeżywałam. Czasem, dochodziło do apogeum i musiałam PRZESTAĆ. To jest brzemię. Mi czytało się z ciężkim sercem... a one z tym żyją. Niesamowite jest podejście Swietłany. Zachowuje wszystko, każde zachowanie, płacz, westchnięcie. Nagle wojna staje się człowiecza. To znaczy... Wszystkie się zgadzają, że jest to "zjawisko" nie do pojęcia przez ludzki umysł. Taki wymiar cierpienia. Po tej lekturze widać, że jest to stanowczo coś, co przekracza ludzką skalę. Ale mistrzostwo tu polega na pokazaniu tej skali.
Ojejej... Boże ty nasz... Miłosierny...
Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że wojna jest istnym pogwałceniem natury, ale tu odsłania się kolejna płaszczyzna. Ta, która ma dawać życie, uczy się zabijać.
Marsz trzydziestokilometrowy. Trzydzieści! Dziki upał... I po nas czerwone ślady na piasku... Czerwone. No, te sprawy... Nasze... Jak tu można co ukryć? Żołnierze idą w ślad za nami i udają, że nic nie widzą... Nie patrzą pod nogi... Spodnie na nas zasychały, robiły się jak ze szkła. Zdzierały skórę. 
Nie ma drugiej takiej książki o wojnie.
Ale czy da się zmyślić coś takiego? Od kogo można to odpisać? Jeśli można, to tylko od życia, tylko ono ma taką wyobraźnię.






środa, 14 października 2015

Nowy złoty wiek dla Europy - "Uległość" Michel Houellebecq


"Chodzi o uległość - powiedział cicho Rediger. - Oszałamiająca, a zarazem prosta myśl, nigdy dotychczas niewyrażona z taką mocą, że szczytem ludzkiego szczęścia jest bezwzględna uległość"


Bardzo długo zbierałam się do tej recenzji. Głównie dlatego, że musiałam sobie bardzo dużo rzeczy przemyśleć. I nie, nie było to takie klasyczne "przetrawienie" lektury (bo trwało by to krócej ;), ale muszę przyznać, że książka otworzyła mi trochę oczy na pewne światopoglądowe kwestie i przeraziła mnie swoją autentycznością, aktualnością i tym ... brutalnym poczuciem nowej rzeczywistości.
Postawiono przede mną wizję przyszłości. Dostałam takową informację i teraz ja musiałam coś z nią zrobić... jakoś się do niej ustosunkować.
Narobiła ona trochę hałasu w bookowym lesie, bo niektórzy uważają, że samo sięgniecie po nią jest aktem islamofobii (!), to tak gwoli ścisłości... islamofobami można nazywać dopiero tych, którzy jej... nie zrozumieli  i wyciągnęli złe wnioski. Z tyłu na okładce możemy przeczytać słowa Adama Gopnika z "The New Yorker": Oskarżanie Houellebeqa o islamofobię jest błędem. Nie jest islamofobem, lecz frankofobem. 

A teraz szybkie wyjaśnienie, dla tych, co to pierwszy raz o książce słyszą.
Ową cichą rewolucję polityczną możemy oglądać z punktu widzenia francuskiego profesora literatury, wykładającego na Sorbonie. Jest to okrutnie samotny mężczyzna w średnim wieku, który wyrobiwszy sobie renomę mądrego za młodu, teraz się nudzi i wyrywa studentki. Jego oczętami obserwujemy, jak to Bractwo Muzułmańskie zaczyna zdobywać poparcie w wyborach w 2022 (tak a propos to wcale nie dzieli nas od tej daty kawał czasu) ku zdziwieniu ogólnej gawiedzi.

Dlaczego "Uległość"?
A czym innym wyjaśnić owe zdziwienie na wynik wyborów - ot tak sobie wyszło? Na kartach podziwiamy jak bezszelestnie zmieniają się nazwy uczelni... jak uczennice zaczęły się inaczej ubierać... aż w końcu w ogóle ich zabrakło na uczelni.
Bez kłótni, krzyku, wojen domowych. Bo po co się buntować skoro przeciętnej jednostce zaczęło się żyć lepiej?
Taaak. Po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, że wygodnictwo jest jedną z najdziwniejszych przywar ludzkich. Może Nas ono zgubić, ale też nie ma co ukrywać - to ono Nas też popędza do rozwoju.
Dużo recenzentów zarzuca Houellebecq'owi zrzucenie kwestii kobiecej na drugi plan. Ich zdaniem feministki w tych okolicznościach na pewno by się podniosły z krzykiem.
Ja nie byłabym tego taka pewna. Jakoś trudno mi znaleźć w moim otoczeniu dziewczynę, która odmówiłaby siedzeniu w domu przy książkach, wychowując dzieci. Czy to tylko lenistwo mojego tajemniczego pokolenia, czy naprawdę kobieca rewolucja była taką kompletnie bezsensowną gafą?

Zaznaczam, że to było moje pierwsze zetknięcie się z tym autorem. I było to zaskakująco miłe spotkanie, bo po opiniach spodziewałam się czegoś naprawdę ciężkiego w odbiorze. Tymczasem dostałam naprawdę przyswajalną dawkę opisów akcji politycznej, w nie takiej całkiem ogłupionej wersji. Jednak porcja opisów erotycznych była momentami już niesmaczna...Warto zaznaczyć, że nie jest to książka opierająca się na stereotypach, jakie wyrobiła sobie Europa wobec islamu. Jest to wnikliwa (choć co prawda zawoalowana) analiza zderzenia dwóch kultur. Nie jest to powieść, która ma straszyć przed islamizacją. Ja odebrałam to bardziej jako krytykę słabości współczesnej Europy.
Spójrzmy prawdzie w oczy: Europa Zachodnia doszła do tak odrażającego stanu rozkładu, że sama w siebie nie jest w stanie uratować, nie bardziej niż starożytny Rzym w piątym wieku naszej ery. Masowy napływ imigrantów, których tradycyjna kultura jest nadal naznaczona naturalną hierarchią, podporządkowaniem kobiety i szacunkiem dla starszych, stanowi historyczną szansę na moralne i rodzinne odrodzenie Europy, otwierając perspektywę nowego złotego wieku dla Starego Kontynentu. Niektórzy z przybyszy są chrześcijanami, ale najczęściej - powiedzmy to sobie szczerze - muzułmanami. 

Gorąco polecam. Można się ubawić, nauczyć się kilku rzeczy, jeść paznokcie z przerażenia, i myśleć...

Na koniec, pozwolę sobie na taką odskakującą refleksję:
W całej tej obecnej sytuacji nie powinniśmy być uprzedzeni do imigrantów - biednych, potrzebujących, ale też szalonych i niebezpiecznych (bo nie ma co tu generalizować - to jest cała masa ludzi i znajdują się wśród niej tacy i tacy). Powinniśmy być uprzedzeni do siebie i swoich słabości, bo jeżeli się boimy, to znaczy, że zdajemy sobie sprawę z niedoskonałości i uszczerbków europejskiej świątyni tożsamości.
Wiem, że strach prowadzi do prymitywnej agresji, ale to my tu niby jesteśmy tymi "ucywilizowanymi".