niedziela, 28 lutego 2016

"Ja? Nie chcę opowiadać..."

#WielkobukoweWyzwanie2016
Oparta na faktach

 
Nie wiem, czy jest się czym chwalić, ale autorkę znałam, zanim jeszcze dostała nagrodę Nobla. Jeszcze jakiś czas temu, kiedy pożerałam wszystko, co napisano, nagrano lub po prostu stworzono o katastrofie w Czarnobylu, natrafiłam na audiobook Czarnobylskiej modlitwy w naszej fantastycznej bibliotece. I z tych "wielkich" poszukiwań dla zaspokojenia niezdrowej ciekawości najbardziej pamiętam tę książkę. Ona była najstraszniejsza. 
Napisać taką książkę o wojnie, żeby niedobrze się robiło na myśl o niej, żeby sama ta myśl była wstrętna. Szalona. Żeby nawet generałom zrobiło się niedobrze.
Wszystko się zgadza z tytułem - wojna nie ma w sobie nic z kobiety, ani w ogóle z człowieka. Przedstawione w stylu Aleksijewicz - do opisu jednego zjawiska zbierzmy setki ludzi. Każdy rozdział jest przeznaczony na oddzielny problem, z jakim musiały się borykać rosyjskie kobiety podczas II wojny światowej. Historie, nie tylko kobiet, które służyły w wojsku, ale też praczek, matek, dziewczynek... Czasem, jedną opowieść tworzy dwadzieścia osób, czasem jest to pojedyncza relacja. Bez żadnych górnolotnych słów, opowiadają ludzie prości, doświadczeni i to odgrywa tutaj wielką rolę w odbiorze tego zbioru.
(...) język i uczucia ludzi wykształconych często w większym stopniu ulegają obróbce czasu. Zapisane są jego szyfrem. Zarażone cudzą wiedzą.
 Gdy zwróci się uwagę na mnogość wszystkich nazwisk tu występujących, powoli dociera jak wiele jest takich smutnych żywotów. Pojedyncze wątki zaczynają się ze sobą zlewać pozostawiając w głowie tylko wrażenie ogromnego, przerażającego chóru. Reporterka zainteresowała się tym tematem, ponieważ wyszła z założenia, że za dużo mówi się o "męskiej" wojnie, historii faktów, frontów, broni, historii bez duszy. Warto też zwrócić uwagę, że pisanie książki zostało ukończone w 1985, kiedy jeszcze nie o wszystkim wolno było pisać. Trzeba przyznać, że to bardzo odważne przedsięwzięcie.
Ja mam więcej konkretnej wiedzy wojskowej, a ona uczuć.
Jeszcze nigdy wcześniej nie czytałam takiej książki. "Kobieca" wojna faktycznie jest całkiem inna. Przede wszystkim ma więcej odcieni szarości. Nie wiem, dlaczego. Może właśnie, z powodu tej emocjonalności, która nie pozwala na patrzenie na świat w kategoriach czarno-białych. Oczywiście, też trzeba pamiętać, że tamte kobiety były inne. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że wrażliwsze. Przed wojną kobiety nie miały np. dostępu do brutalnych krwawych filmów, a nie ukrywajmy też, że większość nie miała pracy. To były młode 16-20  letnie dziewczyny, niektóre uczące się, niektóre mieszkające na wsi, mamy od dziecka uczyły szyć, zaplatać warkocze, ładnie się ubierać... Spodnie? Dopiero na wojnie. 
Każdemu rannemu powinnyście mówić, że go kochacie. Bo miłość to wasze najskuteczniejsze lekarstwo. Miłość chroni, daje siły potrzebne do przeżycia
Bardzo mocno przeżywałam. Czasem, dochodziło do apogeum i musiałam PRZESTAĆ. To jest brzemię. Mi czytało się z ciężkim sercem... a one z tym żyją. Niesamowite jest podejście Swietłany. Zachowuje wszystko, każde zachowanie, płacz, westchnięcie. Nagle wojna staje się człowiecza. To znaczy... Wszystkie się zgadzają, że jest to "zjawisko" nie do pojęcia przez ludzki umysł. Taki wymiar cierpienia. Po tej lekturze widać, że jest to stanowczo coś, co przekracza ludzką skalę. Ale mistrzostwo tu polega na pokazaniu tej skali.
Ojejej... Boże ty nasz... Miłosierny...
Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że wojna jest istnym pogwałceniem natury, ale tu odsłania się kolejna płaszczyzna. Ta, która ma dawać życie, uczy się zabijać.
Marsz trzydziestokilometrowy. Trzydzieści! Dziki upał... I po nas czerwone ślady na piasku... Czerwone. No, te sprawy... Nasze... Jak tu można co ukryć? Żołnierze idą w ślad za nami i udają, że nic nie widzą... Nie patrzą pod nogi... Spodnie na nas zasychały, robiły się jak ze szkła. Zdzierały skórę. 
Nie ma drugiej takiej książki o wojnie.
Ale czy da się zmyślić coś takiego? Od kogo można to odpisać? Jeśli można, to tylko od życia, tylko ono ma taką wyobraźnię.






wtorek, 16 lutego 2016

Proces myślowy

Nie myślę. 
I fajnie mi tak.
Mogę sobie pobazgrolić. 

Ciekawe, czy Bóg rzeczywiście jest efektem zmarszczek wszechświata?
Pewnie jak przyjdę na ten ostateczny proces do Boga, to może tam zacznie się mój proces myślowy. Co wtedy pomyślę?

COŚ. TŁUSTE CZOŁO.
Jak wygląda czoło Boga? Zgodnie z definicją czoło Boga musiałoby być najbardziej wystającą częścią ciała. Lub myśli. Jeżeli Bóg jest tylko konsystencją myśli... Ciekawe jakby to było zaliczyć z bogiem czołówkę. 
- JAK SIĘ USPRAWIEDLIWISZ?
- NIE ISTNIEJESZ. HE HE HE 




P.S. Wiedzieliście czemu Pratchett napisał tyle książek? Większość twierdzi, żeby się sprzedały. Po dzisiejszym przejrzeniu jego pośmiertnego wydania Kiksów klawiatury wniosek jest bardzo prosty. 
Pisarz (jak nazwa wskazuje) ma pisać. Jeżeli pisarz nie pisze, to znaczy, że jest nierobem.

środa, 3 lutego 2016

Podryw na świecącą trawę



Tego dnia, gdy poznałem Ewę, poszliśmy po lekcjach na pączki. Niedaleko liceum była mała prywatna cukiernia. Już jej nie ma, niczego już nie ma. Kupiłem całą torbę pączków i kefir truskawkowy w spożywczym, a potem jedliśmy te lepkie od lukru, tłuste ciastka na skwerze przed szpitalem położniczym. Nigdy przedtem nie widziałem, by dziewczyna tak jadła. Nie łakomie, raczej zawzięcie. Odgryzała wielkie kawały i oblizywała wargi. Wokół ust miała drobinki lukru i marmolady. Patrzyłem zafascynowany i coraz bardziej podniecony. Chciałem całować jej polukrowane usta, zlizywać cząsteczki różanej marmolady. Ostatniego pączka zastawiła dla ciebie i wepchnęła tutkę do płóciennej torby na ramię. "Mam młodszą siostrę" powiedziała, "gdyby nie to, zjadłabym jeszcze jednego". Pamiętam tamtą chwilę jakby była wczoraj. (...)
Siedzieliśmy w pełnym słońcu, trawa na skwerze była tak zielona, jak zdarza się tylko w snach. Ewa z przechyloną głową wysączyła ostatnie krople kefiru, wytarła usta brzegiem dłoni. "Wiesz dlaczego trawa jest tu taka zielona?" Pokręciłem głową. "Bo chowają w niej trupki". "Trupki?" "Ze szpitala. Martwe płody i noworodki. W jesienne noce zakopują tu całe kosze ciałek. Niektóre mają dwie głowy, cztery ręce, skrzela, pokryte są futrem". Martwe płody nie mogły mnie przerazić, bo byłem synem ginekologa i miałem za parę lat zostać lekarzem, ale chciałem zrozumieć sens jej opowieści. "Dlaczego je tu zakopują?" "Bo faceci z krematorium sprzedają węgiel na lewo. Piją" wyjaśniła, jakby to była najoczywistsza rzecz. "Podczas pełni księżyca unosi się tu seledynowa poświata. To dusze tych dzieci. Wcale nie są smutne. Cieszą się, że nie żyją. Chciałbyś zobaczyć? Możemy kupić wino, i może parę pączków, i czekać na tej samej ławce. Chyba nie boisz się duchów?" Wiem, że mnie sprawdzała. Chciała wiedzieć, czy się nadaję. 


 - fragment powieści Ciemno, prawie noc Joanny Bator

poniedziałek, 1 lutego 2016

Meine kleine Weltschmerz


Inspirowane plakatem do filmu "The Wall", jak widać na załączonym obrazku


 Marzy mi się namalować kiedyś taki krzyk, żeby oglądającego bolała cisza.

sobota, 23 stycznia 2016

Nie ma już takich krów...



Słońce wisiało nad horyzontem.
Najkrócej żyjącymi istotami na dysku były jętki, które wytrzymywały ledwie swoje dwadzieścia cztery godziny. Dwie spośród najstarszych zygzakowały bez celu nad wodami pełnego pstrągów strumienia. Dyskutowały o historii z młodszymi przedstawicielkami wieczornego wylęgu.
- Nie ma teraz takiego słońca jak dawniej – stwierdziła jedna z nich.
- Racja. Za dobrych, dawnych godzin miałyśmy słońce jak należy. Było całe żółte, a nie takie czerwone jak teraz.
- I było wyżej.
- Było. Racja.
- A poczwarki i larwy okazywały starszym szacunek.
- Tak było. Okazywały – przyznała z pasją druga.
- Myślę sobie, że gdyby w obecnych godzinach jętki lepiej się zachowywały, wciąż miałybyśmy porządne słońce.
Młodsze jętki słuchały uprzejmie.
- Pamiętam – rzekła jedna z starszych jętek – kiedyś wszędzie wokół jak okiem sięgnąć ciągnęły się pola.
Młodsze jętki rozejrzały się.
- To wciąż są pola-zauważyła jedna z nich,  uprzejmie odczekawszy należną chwilę.
- Pamiętam, że kiedyś to były lepsze pola. – odparła surowo stara jętka.
- Zgadza się – przyznała jej koleżanka. – I była tam krowa.
- Racja! Masz rację! Pamiętam krowę! Stała w tamtym miejscu przez dobre, bo ja wiem, czterdzieści, może pięćdziesiąt minut. Brązowa, o ile sobie przypominam.
- W tych godzinach nie ma już takich krów.
- W ogóle nie ma krów.
- A co to jest krowa? – zainteresowała się któraś nowo wykluta jętka.
- Widzicie? – zawołała tryumfalnie stara. – Oto nowoczesne Ephemeroptera. – Urwała na moment. – Co robiłyśmy, zanim zaczęłyśmy rozmawiać o słońcu?
- Zygzakowałyśmy bez celu nad wodą – odparła którąś z młodszych. Była to dość bezpieczna hipoteza.
- Nie, jeszcze wcześniej.
- Ee… Opowiadałyście nam o Wielkim Pstrągu.
- Aha. Rzeczywiście. Pstrąg. Widzicie, jeśli będziecie dobrymi jętkami, będziecie zygzakować jak należy w górę i w dół…
- … ustępując starszym i mądrzejszym…
-  Tak, i ustępować starszym i mądrzejszym, to kiedyś Wielki Pstrąg…
Chlup!
Chlap!
- Tak! – spytała jedna z młodszych jętek.
Nikt jej nie odpowiedział.
-Co Wielki Pstrąg? – dodała inna nerwowo.
Spojrzała w dół, na ciąg rozszerzających się kręgów na wodzie.
- To święty znak! – zawołała jedna z nich. – Pamiętam, że mi o tym mówiono! Wielki Krąg na wodzie! Taki bowiem będzie znak Wielkiego Pstrąga!
Najstarsza z młodszych jętek w zadumie obserwowała wodę. Zaczynała zdawać sobie sprawę, że jako najstarsza z obecnych zyskała właśnie przywilej latania najbliżej powierzchni wody.
- Mówią – odezwała się jętka na szczycie zygzakującej chmury – że kiedyprzychodzi po kogoś Wielki Pstrąg, zabiera go do krainy płynącej… płynącej… - Jętki nie jedzą, więc trochę się pogubiła. – Wodą płynącej – dokończyła niepewnie.
- To ciekawe – odparła najstarsza.
- Musi tam być naprawdę wspaniale – dodała najmłodsza.
- Tak? A dlaczego?
- Bo nikt jeszcze nie próbował stamtąd wrócić.

- Terry Pratchett "Kosiarz" 


Jedna z najlepszych książek Pratchett'a jakie do tej pory przeczytałam ;) 
Warto!

środa, 25 listopada 2015

Nie wiem i fajnie jest - część 1: Pociąg do podróży



      Lubię francuski naturalizm z XIX wieku. Te lektury nie należą do najprzyjemniejszych, ale cenię sobie książki, które odciskają piętno na moim myśleniu. Nawet jeżeli jest to nieprzyzwoicie brutalne. Przykładem sztandarowego pisarza tego nurtu może być oczywiście Emil Zola, który w swoich powieściach odziera ludzi z pięknej powłoczki założonej przez kulturę i ukazuje człowieka słabego, podległego swoim popędom i instynktom. Zawsze, po takich książkach doświadczam przez pewien czas ludziowstrętu i najchętniej zamknęłabym się w pokoju na kilka dni, aby w samotności wyrzucać sobie, że jestem tylko marnym człowiekiem. Pragnę Cię jednak uświadomić szanowny Czytelniku, że to nie jest kolejne dekadenckie żalidło. To historia o pewnym wyjściu z domu. Poza granice tego, co znamy i przewidujemy.  Abyś nie nabierał podejrzeń, zagramy w otwarte karty. Bez zbędnych historii zdradzę Ci od razu, co jest moim fetyszem.
Kocham. Pociągi. Gdybym miała kiedyś dużo czasu (czyli w tej magicznej przestrzeni, gdzie nasze dziwne marzenia i zachcianki stają się na tyle priorytetowe, aby w końcu ich dokonać), to mogłabym całymi godzinami siedzieć na peronie i patrzeć na przejeżdżające pociągi. Kiedyś miałam sen, że wskakuję na jadący pociąg towarowy i ukrywam się na jednej z kupek węgla, mimo że było ciemno jedną z grudek podpisywałam się na ścianie wagonu: Noszołata tu była. Te machiny to jedna z moich wielu niewyjaśnialnych miołościo-namiętności. Chociaż… mówią, że to właśnie ta niewyjaśnialność, zdumienie i tajemnica czyni emocję miłością. Jednak podjęłam starania ubrania tego w  jakiekolwiek rysy, gdy ruszałam (oczywiście) pociągiem na Najosobliwej Dziką Spośród Dzikich Włóczęg Po Polsce. Myślę, że ten czar wyparowuje z pociągu za sprawą jego retro-klimatu, jego przytłaczającego ogromu, ciężkości i prędkości (te spostrzeżenia zawdzięczam moim dziecinnym strachom). Nie ma co zaprzeczać, że ta miłość ściśle wiąże się z pragnieniem doświadczenia drogi. Może i ludzie już wcześniej podróżowali, ale uważam że wynalazek pociągu to ten moment, kiedy świat zaczął się zmniejszać, a ludzkość wskoczyła na autostradę rozwoju łapiąc okazję. Jest on dla mnie symbolem początku zgłębiania niewiadomego.
Wiesz Czytelniku jakie to uczucie kończyć osiemnaście lat, a dwa dni później wsiąść do pociągu mając w kieszeni swoje, pierwsze ciężko zarobione pieniądze, które akurat starczą Ci na jedzenie na cały miesiąc. I po raz pierwszy Ty sam będziesz się zastanawiać, jak przeżyć. I po raz pierwszy określić swój NAPRAWDĘ POTRZEBNY dobytek i po raz pierwszy spakować go do swojego pierwszego gigantycznego plecaka razem ze swoim pierwszym namiotem, w którym po raz pierwszy sam będziesz spał. I po raz pierwszy być tak długo samemu. I po raz pierwszy cierpieć ból pleców od plecaka. I po raz pierwszy być naprawdę głodnym. I po raz pierwszy czuć się naprawdę spełnionym. I po raz pierwszy poczuć co to znaczy naprawdę bardzo śmierdzieć. I po raz pierwszy uświadomić sobie czego chce się od życia.
Tak, w te wakacje wszystko było prawdziwe i pierwsze.

piątek, 20 listopada 2015

Regina

Madonna z Dzieciątkiem ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie

każą nam wszystkim złapać się za ręce
i będą nas uczyć tańca-różańca,
który na usługach cudownej matki bożej
rozgniatać się będzie 
kuleczka po kuleczce
w twardych, opiekuńczych dłoniach

nawet regina wszechświata 
potrzebuje modlitwy