sobota, 19 marca 2016

"Szklany tron" Sarah Maas

#WielkobukoweWyzwanie2016
Powieść młodzieżowa



Szklany tron jest obecną, marcową lekturą w grupie BookAThonowej. Z początku podchodziłam do tej książki bardzo sceptycznie. Długo zastanawiałam się, czy ją w ogóle warto przeczytać, czy może bezstresowo odpuścić sobie to jedno wyzwanie. Ale potem zobaczyłam to:


(Uwaga to jest naprawdę szalone paplando)
Także nooo... Anitka złego gustu nie ma, więc pożyczyłam od koleżanki

Boże, ta okładka naprawdę jest paskudna.  

Ku mojemu zdziwieniu książka już mnie porwała od pierwszych stron. Po ostatnim, dość długim turnee lekturowym, miło było tak po prostu bezstresowo zanurzyć się we wciągającej historii.

 Zabójcze początki

Ale nie wyobrażajcie sobie, że było tak różowo od razu. Zaczęło się naprawdę paskudnie. Celaena - główna bohaterka - jest najlepszą zabójczynią w całej Erilei. Tak, zgadza się taka sobie słodka, osiemnastoletnia dzieweczka jest zabójczynią. I wielokrotnie nawet podkreśla się jej fantastyczną, kobiecą delikatność. Król tej magicznej krainy ogłasza turniej na Królewskiego Obrońcę, więc z całego imperium ściąga się największych rozrabiaków, aby walczyli o tytuł. W związku z tym nasza Celaena ma szansę na ucieczkę od ciężkich kopalnianych robót. Przenosi się do szklanego zamku.  Piękna, atrakcyjna i adorowana przez dwóch przystojniaków - wydawałoby się nuuuuudaa. Najbardziej jednak intrygowała mnie kwestia jej moralności. Denerwowało mnie to, że z zabójczyni robi się normalną dziewczynę, walczącą o swoje prawa. W sumie do tej pory mnie to zastanawia. 
A potem się rozkręciło. Powoli było widać, że ona sama się nad tym zastanawia. 

Do tego kapitan Chaol... <3

Chaol jest Kapitanem Gwardii. Dziwi mnie wybór bohaterki. Chaol może jest mrocznym, cichym mężczyzną, ale sama jego obecność w tej książce... rozgrzewała serducho. Dlaczego Celaena zamiast niego wybrała księciunia Doriana (który trochę kojarzył mi z owym fircykiem z Anny Kareniny) ? A ostateczna decyzja bohaterki... ehm... powiem tylko, że jest wykreowana naprawdę nieżyciowo. 

 Ten świat

Wszystko o wiele bardziej zaczyna się podobać, gdy poznajemy ten fikcyjny świat na tyle, aby się w nim zanurzyć. Świat tajemniczy, pełen magii, znanej, ale także zakazanej, pełen bóstw, znaków, języków, różnych "narodów", grup niespotykanych istot - słowem jest tam wszystko to, co ja prześmiewczo nazywam kolorytem kulturowym. Oczywiście jest to za poważne określenie. Na ten kolorowy świat nakłada się bohaterka, którą już lubicie i jej problemy i tak oto nie wiecie nawet kiedy skończyliście książkę, a chcecie WIĘCEJ. 


Na marginesie!

Już niedługo odsłona nowej strony!



Będzie ładnej, bardziej "profesjonalnie" i z większą ilością kanałów! Szykujcie się na otwarcie noszołaciarskiego facebooka i instagrama ;)

środa, 16 marca 2016

"To czysty spirytus"

#WielkobukoweWyzwanie2016
Klasyka literatury rosyjskiej

Tradycyjnie recenzję powinnam zacząć od opowiedzenia Wam o czym jest książka. 
I tu już pojawia się problem. Nie potrafiłabym Wam dokładnie streścić tej zwariowanej i poplątanej historii. Na pewno ją znacie. Klasyka. Lektura XD. Zacznę może od ogólnego wrażenia.  
Co za łeb! 
Można stworzyć książkę zabawną, a zarazem niezwykle mądrą? Można! W dodatku z niesamowitym światem, którego smak i zapach po prostu czujecie? Zakochałam się w tym zgoła nieoczekiwanym świecie pełnym magii, tajemnic i absurdu. Co więcej, tę otoczkę tajemniczości tworzyła także świadomość, że nie wszystko wyłapałam, być może nie dotarło do mnie wszystko to, co jest wartościowe, wszystko co chciał mi przekazać Bułhakow. (Owszem, może jestem troszeczkę przytępa) Ale bardziej chodzi mi o to, że ta powieść jest też narzędziem do krytykowania ówczesnej rosyjskiej rzeczywistości. A ja, rozkoszne dziecko, które wzięło i przyszło do Waszego świata  w 1997 roku, kiedy wszyscy byli już wolni i radośni, znam PRL z opowieści mamy (lub lepiej - od babci) a komunizm jest dla mnie kolejnym terminem do nauczenia się. Dlatego mam wrażenie, że nie wszystko zrozumiałam, nie wiem, w których momentach coś jest śmiesznym blagiem, a gdzie ten żart ma drugie dno. 
Coż, pożyjemy zobaczymy (Lub lepiej po rosyjsku Pażywiom uwidim - oto mój rosyjski :D) Przeczytam jeszcze raz, za kilka lat, z pewnością wyciągnę coś innego, nowego. To w końcu magia książek. 

Uwielbiam tę diabelską szajkę. A zwłaszcza kota Behemota. <3 Jak będę duża i będę mogła mieć koty to tego drugiego nazwę właśnie Behemot, na cześć Mistrza i Małgorzaty. Pierwszy będzie Łoskot - na cześć Ciemno, prawie noc. 


- To wódka? - słabym głosem zapytała Małgorzata. Kot poczuł się dotknięty i aż podskoczył na krześle.
- Na litość boską, królowo - zachrypiał - czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus. 
I jak go nie kochać???
Bułhakow bardzo często ma tutaj takie dygresje autoironiczne, odnośnie pisarstwa. Cały wątek Mistrza dotyczy właśnie jego stosunku autora do własnego dzieła.
- Po raz pierwszy wkroczyłem do świata literatury, ale teraz, kiedy już jest po wszystkim i kiedy moja zagłada jest oczywista, wspominam to z przerażeniem! - uroczyście wyszeptał mistrz i uniósł rękę - Tak, on tak mną wstrząsnął!
-  Kto? (...)
- No, redaktor, mówię przecież, że redaktor! Tak, przeczytał książkę. Tak na mnie patrzył, jakbym miał fluksję, patrzył w kąt i nawet chichotał ze zmieszania. Bez żadnej potrzeby miął maszynopis w palcach i chrząkał. Pytania, które mi zadawał, były, moim zdaniem obłąkańcze.
Hihihi. A potem to:
 - Łatuński! - wrzasnęła przenikiliwie. - Łatuński! To przecież on... Przecież on zgubił mistrza! (...)
Z kuchni do przedpokoju rwał już strumień. Chlupiąc  po wodzie bosymi stopami, Małgorzata wiadrami nosiła wodę z kuchni do gabinetu i wlewała ją do szuflad biurka. Następnie w tymże gabinecie rozbiła młotkiem drzwi szafy i pobiegła do sypialni. Rozbiła lustrzaną trzydniową szafę, wyciągnęła z niej garnitur krytyka i utopiła go w wannie (...)
Przecież to jest genialne! Albo to:  

- Proszę okazać legitymacje! - zażądała, patrząc ze zdziwieniem na binokle Korowiowa, jak również na prymus Behemota oraz na rozdarty rękaw tego ostatniego. 
- Tysiąckrotnie przepraszam, jakie legitymacje? - zapytał zdziwiony Korowiow.
- Panowie jesteście pisarzami? - zadała teraz z kolei pytanie obywatelka.
- Bez wątpienia - z godnością odpowiedział Korowiow.
- Proszę okazać legitymacje - powtórzyła obywatelka.
- Ślicznotko moja... - zaczął tkliwie Korowiow.
- Nie jestem ślicznotką - przerwała mu obywatelka.
- O, jakże tego żałuję - rozczarowanym głosem powiedział Korowiow, a następnie mówił dalej. - No cóż, jeśli sobie panie tego życzy, to nie musi pani być ślicznotką, chociaż to byłoby nader przyjemne. Więc, żeby upewnić się, że Dostojewski jest pisarzem, należy od niego żądać okazania legitymacji? niechże pani weźmie dowolne pięć stron pierwszej lepszej jego powieści, a przekona się pani, że ma pani do czynienia z pisarzem. Zresztą przypuszczam, że Dostojewski w ogóle żadnej legitymacji nie miał! (...)

- Ale pan nie jest Dostojewskim - powiedziała zbita z tropu przez Korowiowa obywatelka.
- Skąd to można wiedzieć, skąd to można wiedzieć! - odrzekł Korowiow
- Dostojewski umarł! - oświadczyła obywatelka, ale jakoś niepewnie.
- Protestuję! - gorąco zawołał Behemot. - Dostojewski jest nieśmiertelny!

(Tak, tą aluzję załapałam) Świetne, genialne, och, ach, aż nie wiem, co mam jeszcze napisać. A pragnę przypomnieć, że to jest tylko jeden z wątków. Podobał mi się ten względny chaos, bałagan, to poeta ma ksywkę Bezdomny, to że Bułhakow robi nas troszeczkę w bambuko i tytułowych bohaterów wprowadza później. Nawet tytuły rozdziałów mi się spodobały, np: Schizofrenia, zgodnie z zapowiedzią. A zakończenie! Michaile Ty mój, przecież z tego można tyle filozofii wyciągnąć! 
  

Szukajcie spokoju, gdzie tam gdzie go znajdziecie. Nawet u diabła.
Tym optymistycznym akcentem - kończymy.


poniedziałek, 7 marca 2016

Zawsze myślałam


    Zawsze myślałam, że jak w końcu zacznę pisać coś naprawdę udanego, to będzie się to zaczynać od słów Zawsze myślałam. Na przykład: Zawsze myślałam, że miłość powinna kierować naszym życiem; lub: Zawsze myślałam, że ludzkość jednak jest doskonała; albo: Zawsze myślałam, że hera odmieni moje życie. Problem w tym, że każda z tych propozycji jest już z góry spisana na straty. Stephen King mówi, że od pierwszego zdania najwięcej zależy. Patrz: to czy ktoś kupi książkę, czy też nie. W tym momencie przypomina mi się postać Granda z Dżumy Alberta Camusa, który swoją PRACĄ nazywał smakowanie różnych słów w tym samym zdaniu. Wolę już pisać coś tak bezsensownego jak to, niż iść za nim. 
   Wracając do pierwszego zdania. Dlaczego  ktoś miałby nie kupić mojej książki? Ponieważ dziś ludzie są diabelsko wyczuleni na punkcie prawdy. Ludzie chcą dzisiaj czegoś absolutnego i autentycznego, a najlepiej żeby to coś było jeszcze brutalne w swej namacalności. Tymczasem zdanie zaczynające się od zawsze myślałam przekreśla znaczenie dalszej części zdania. 
    Zawsze myślałam jest pojęciem cholernie abstrakcyjnym, czyli łatwiej - jest po prostu kłamstwem. Po pierwsze, który człowiek jest tak doskonały i w stu procentach przekonany o stałości swoich przekonań? Znaczy się: to obrzydliwa pycha! Co więcej, jeszcze ten ktoś chlubi się tym, że należy do tej niewielkiej części społeczeństwa, która myśli. Stawia się ponad innymi! A czymże jest to myślenie? Małpa przecież też MYŚLI, jak tu zdobyć jedzonko i podobno wychodzi jej to lepiej niż współczesnemu człowiekowi. (Takie badanie kiedyś widziałam - jak wyciągnąć orzeszek ze zwężonego wazonu. Obok stał dzbanek z wodą.  Tylko małpa wpadła na to, żeby wlać wodę, a orzeszek wypłynie. Prawdopodobnie była bardziej głodna.) Czyżby cywilizacja nas ogłupiała? A może nie jesteśmy godni myślenia o tak przyziemnych rzeczach? Jak czasem w mieście widzę grupę pijanych osiłków zaczepiających przechodzącą samicę, MYŚLĘ, że taka kategoria, dla niektórych, nie istnieje. No to jak jest z tym myśleniem? Już nawet przyjmując, że myślenie to nie jest nic wyjątkowego, to co z tym zawsze? Co to za wieczność myślenia autor chce nam przytoczyć? Zniżając się do jego ludzkiego poziomu, przyjmując, że to ZAWSZE to jego życie. To czy płód nie mający jeszcze w pełni wykształconego mózgu myśli? Czy ma on jakąkolwiek świadomość?  
   Dobrze, dobrze, ale rozłożyć dwa wyrazy na czynniki pierwsze, potrafi nawet dzieciak, który w wolnych chwilach rozwala budowle z klocków (to smutne, że już dzieci zdają sobie sprawę, z faktu, że wszystko buduje się w celu zniszczenia), a ja jeszcze nic nie zbudowałam.
    Tak naprawdę mój tekst zacznie się od zdania: Zawsze myślałam, że ludzkość jest jednak doskonała. Wiem, że gdybym wstawiła to jako pierwsze zdanie, to nikt nie wziąłby się za ten tekst. Prawda, udręczony czytelniku? A tym oto sprytnym zabiegiem przyciągnęłam Twoją uwagę. Myślałeś, że będzie nietuzinkowo? Takiego wała (!) z czterema stronami świata, w którym zamknęła się ludzkość. Nie potrafią pisać nietuzinkowo, bo walczą o swoją doskonałość. 


niedziela, 28 lutego 2016

"Ja? Nie chcę opowiadać..."

#WielkobukoweWyzwanie2016
Oparta na faktach

 
Nie wiem, czy jest się czym chwalić, ale autorkę znałam, zanim jeszcze dostała nagrodę Nobla. Jeszcze jakiś czas temu, kiedy pożerałam wszystko, co napisano, nagrano lub po prostu stworzono o katastrofie w Czarnobylu, natrafiłam na audiobook Czarnobylskiej modlitwy w naszej fantastycznej bibliotece. I z tych "wielkich" poszukiwań dla zaspokojenia niezdrowej ciekawości najbardziej pamiętam tę książkę. Ona była najstraszniejsza. 
Napisać taką książkę o wojnie, żeby niedobrze się robiło na myśl o niej, żeby sama ta myśl była wstrętna. Szalona. Żeby nawet generałom zrobiło się niedobrze.
Wszystko się zgadza z tytułem - wojna nie ma w sobie nic z kobiety, ani w ogóle z człowieka. Przedstawione w stylu Aleksijewicz - do opisu jednego zjawiska zbierzmy setki ludzi. Każdy rozdział jest przeznaczony na oddzielny problem, z jakim musiały się borykać rosyjskie kobiety podczas II wojny światowej. Historie, nie tylko kobiet, które służyły w wojsku, ale też praczek, matek, dziewczynek... Czasem, jedną opowieść tworzy dwadzieścia osób, czasem jest to pojedyncza relacja. Bez żadnych górnolotnych słów, opowiadają ludzie prości, doświadczeni i to odgrywa tutaj wielką rolę w odbiorze tego zbioru.
(...) język i uczucia ludzi wykształconych często w większym stopniu ulegają obróbce czasu. Zapisane są jego szyfrem. Zarażone cudzą wiedzą.
 Gdy zwróci się uwagę na mnogość wszystkich nazwisk tu występujących, powoli dociera jak wiele jest takich smutnych żywotów. Pojedyncze wątki zaczynają się ze sobą zlewać pozostawiając w głowie tylko wrażenie ogromnego, przerażającego chóru. Reporterka zainteresowała się tym tematem, ponieważ wyszła z założenia, że za dużo mówi się o "męskiej" wojnie, historii faktów, frontów, broni, historii bez duszy. Warto też zwrócić uwagę, że pisanie książki zostało ukończone w 1985, kiedy jeszcze nie o wszystkim wolno było pisać. Trzeba przyznać, że to bardzo odważne przedsięwzięcie.
Ja mam więcej konkretnej wiedzy wojskowej, a ona uczuć.
Jeszcze nigdy wcześniej nie czytałam takiej książki. "Kobieca" wojna faktycznie jest całkiem inna. Przede wszystkim ma więcej odcieni szarości. Nie wiem, dlaczego. Może właśnie, z powodu tej emocjonalności, która nie pozwala na patrzenie na świat w kategoriach czarno-białych. Oczywiście, też trzeba pamiętać, że tamte kobiety były inne. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że wrażliwsze. Przed wojną kobiety nie miały np. dostępu do brutalnych krwawych filmów, a nie ukrywajmy też, że większość nie miała pracy. To były młode 16-20  letnie dziewczyny, niektóre uczące się, niektóre mieszkające na wsi, mamy od dziecka uczyły szyć, zaplatać warkocze, ładnie się ubierać... Spodnie? Dopiero na wojnie. 
Każdemu rannemu powinnyście mówić, że go kochacie. Bo miłość to wasze najskuteczniejsze lekarstwo. Miłość chroni, daje siły potrzebne do przeżycia
Bardzo mocno przeżywałam. Czasem, dochodziło do apogeum i musiałam PRZESTAĆ. To jest brzemię. Mi czytało się z ciężkim sercem... a one z tym żyją. Niesamowite jest podejście Swietłany. Zachowuje wszystko, każde zachowanie, płacz, westchnięcie. Nagle wojna staje się człowiecza. To znaczy... Wszystkie się zgadzają, że jest to "zjawisko" nie do pojęcia przez ludzki umysł. Taki wymiar cierpienia. Po tej lekturze widać, że jest to stanowczo coś, co przekracza ludzką skalę. Ale mistrzostwo tu polega na pokazaniu tej skali.
Ojejej... Boże ty nasz... Miłosierny...
Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że wojna jest istnym pogwałceniem natury, ale tu odsłania się kolejna płaszczyzna. Ta, która ma dawać życie, uczy się zabijać.
Marsz trzydziestokilometrowy. Trzydzieści! Dziki upał... I po nas czerwone ślady na piasku... Czerwone. No, te sprawy... Nasze... Jak tu można co ukryć? Żołnierze idą w ślad za nami i udają, że nic nie widzą... Nie patrzą pod nogi... Spodnie na nas zasychały, robiły się jak ze szkła. Zdzierały skórę. 
Nie ma drugiej takiej książki o wojnie.
Ale czy da się zmyślić coś takiego? Od kogo można to odpisać? Jeśli można, to tylko od życia, tylko ono ma taką wyobraźnię.






wtorek, 16 lutego 2016

Proces myślowy

Nie myślę. 
I fajnie mi tak.
Mogę sobie pobazgrolić. 

Ciekawe, czy Bóg rzeczywiście jest efektem zmarszczek wszechświata?
Pewnie jak przyjdę na ten ostateczny proces do Boga, to może tam zacznie się mój proces myślowy. Co wtedy pomyślę?

COŚ. TŁUSTE CZOŁO.
Jak wygląda czoło Boga? Zgodnie z definicją czoło Boga musiałoby być najbardziej wystającą częścią ciała. Lub myśli. Jeżeli Bóg jest tylko konsystencją myśli... Ciekawe jakby to było zaliczyć z bogiem czołówkę. 
- JAK SIĘ USPRAWIEDLIWISZ?
- NIE ISTNIEJESZ. HE HE HE 




P.S. Wiedzieliście czemu Pratchett napisał tyle książek? Większość twierdzi, żeby się sprzedały. Po dzisiejszym przejrzeniu jego pośmiertnego wydania Kiksów klawiatury wniosek jest bardzo prosty. 
Pisarz (jak nazwa wskazuje) ma pisać. Jeżeli pisarz nie pisze, to znaczy, że jest nierobem.

środa, 3 lutego 2016

Podryw na świecącą trawę



Tego dnia, gdy poznałem Ewę, poszliśmy po lekcjach na pączki. Niedaleko liceum była mała prywatna cukiernia. Już jej nie ma, niczego już nie ma. Kupiłem całą torbę pączków i kefir truskawkowy w spożywczym, a potem jedliśmy te lepkie od lukru, tłuste ciastka na skwerze przed szpitalem położniczym. Nigdy przedtem nie widziałem, by dziewczyna tak jadła. Nie łakomie, raczej zawzięcie. Odgryzała wielkie kawały i oblizywała wargi. Wokół ust miała drobinki lukru i marmolady. Patrzyłem zafascynowany i coraz bardziej podniecony. Chciałem całować jej polukrowane usta, zlizywać cząsteczki różanej marmolady. Ostatniego pączka zastawiła dla ciebie i wepchnęła tutkę do płóciennej torby na ramię. "Mam młodszą siostrę" powiedziała, "gdyby nie to, zjadłabym jeszcze jednego". Pamiętam tamtą chwilę jakby była wczoraj. (...)
Siedzieliśmy w pełnym słońcu, trawa na skwerze była tak zielona, jak zdarza się tylko w snach. Ewa z przechyloną głową wysączyła ostatnie krople kefiru, wytarła usta brzegiem dłoni. "Wiesz dlaczego trawa jest tu taka zielona?" Pokręciłem głową. "Bo chowają w niej trupki". "Trupki?" "Ze szpitala. Martwe płody i noworodki. W jesienne noce zakopują tu całe kosze ciałek. Niektóre mają dwie głowy, cztery ręce, skrzela, pokryte są futrem". Martwe płody nie mogły mnie przerazić, bo byłem synem ginekologa i miałem za parę lat zostać lekarzem, ale chciałem zrozumieć sens jej opowieści. "Dlaczego je tu zakopują?" "Bo faceci z krematorium sprzedają węgiel na lewo. Piją" wyjaśniła, jakby to była najoczywistsza rzecz. "Podczas pełni księżyca unosi się tu seledynowa poświata. To dusze tych dzieci. Wcale nie są smutne. Cieszą się, że nie żyją. Chciałbyś zobaczyć? Możemy kupić wino, i może parę pączków, i czekać na tej samej ławce. Chyba nie boisz się duchów?" Wiem, że mnie sprawdzała. Chciała wiedzieć, czy się nadaję. 


 - fragment powieści Ciemno, prawie noc Joanny Bator

poniedziałek, 1 lutego 2016

Meine kleine Weltschmerz


Inspirowane plakatem do filmu "The Wall", jak widać na załączonym obrazku


 Marzy mi się namalować kiedyś taki krzyk, żeby oglądającego bolała cisza.