środa, 22 lutego 2017

The World‘s greatest solvable problem


Recenzja Głodu Martina Caparrósa

Czasem jest tak, że ktoś tworzy siedmiusetstronicową książkę na temat niby najbardziej „rozwiązywalny”, lecz sam osądza ją później jako porażkę. World Food Programme (autorzy tego radosnego cytaciku w tytule) nie przyjmie tego do siebie, bo jak wszystko w amerykańskim stylu nawet pomaganie dramatycznie głodującym musi być „the greatest”.
Głód Martina Caparrósa został okrzyknięty najważniejszym reportażem ostatnich lat. W całym dorobku twórczości argentyńskiego dziennikarza ta pozycja przyniosła mu największy rozgłos. Summa cywilizacyjna. Kronika naszej epoki. Bezwzględna krytyka naszych osiągnięć. Ta wielka księga jest długoletnim efektem wnikliwych badań praw, jakimi rządzi się gospodarka i w jakim stopniu łączy się ona z polityką, oraz wielu podróży, wielu rozmów z ludźmi rozrzuconymi po całym świecie. Po dłuższej lekturze ma się wrażenie zagłębienia się w nieskończony strumień ludzkich historii, które składają się na zwykłą statystyczną liczbę: miliard głodujących.
A przecież każdy z nas ma jakąś świadomość. Ile razy mówiło się: „Zjedz wszystko ładnie, bo dzieci w Afryce głodują”. Jest to tak wytarty frazes, że aż przykro pisać. Jednakże jest ze wszystkim, co pachnie niezdrowym zaangażowaniem – jakakolwiek skrajność przeraża. I Caparrós doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Dlatego jego książka przybrała po części nie tylko formę rozbudowanego studium problemu jako takiego – czyli przytaczanie historii różnych ludzi – ale jest też (co moim zdaniem jest jednym z jej największych atutów) próbą uchwycenia tego, co dzieje się w umyśle człowieka będącego po tej lepszej stronie. „Jak, do diabła możemy żyć, wiedząc, że dzieją się takie rzeczy?” Każdy z nas w codziennym życiu nie jest okrutnikiem: ratujemy zwierzątka, przyrodę, więc na pewno nakarmilibyśmy to symboliczne głodujące afrykańskie dziecko. Tak byłoby na pewno, gdyby mieszkało za rogiem. W tym tkwi cały problem. Stąd temat głodu zawiera się w krytyce globalizacji. Prawdą jest, że przeciętny czytelnik korzysta z jej dobrodziejstw, ale nie potrafi już spostrzec swojego „globalnego bliźniego”. Być może jeszcze do tego nie dojrzeliśmy.
Są takie chwile, gdy dajemy przeprowadzić na sobie szantaż emocjonalny i jedyne, co tak naprawdę możemy zrobić, by zatkać dziurę w swoim sumieniu, to „rzucić stówkę na fundację”. Ale nigdy nie będzie to nas dotyczyć, w żaden sposób nie wpłynie to na nasze życie. Dziennikarz wnikliwie przytacza „osiągnięcia” niezliczonych akcji humanitarnych, które (w większości) nachalnie popełniają ten sam błąd – pomagają doraźnie, chwilowo, np. wskutek klęski żywiołowej. Oczywiście odbywa się to na zasadzie darowania pańskiej jałmużny. Po wizycie w Nigrze i Sudanie Południowym – dziennikarz ze smutkiem dochodzi do wniosku, że najgorzej mają te rodziny afrykańskie, które żyją w krajach nie dręczonych konfliktami ani klimatycznymi zmianami. Takie miejsca zostały już dawno zapomniane; nawet akcje humanitarne dają swoje ciche przyzwolenie na ten najgorszy głód z możliwych – cichy i pełzający. Wstrząsający jest także reportaż z uboższych dzielnic wielkich miast w Stanach Zjednoczonych, aż trudno uwierzyć, że w najbogatszym państwie świata występuje ubóstwo (choć jest to jego inna odmiana).
Autor Głodu opisuje jak za pomocą wykorzystania skomplikowanych działań gospodarczych można zarobić na humanitarnośc. I co gorsza, dla ilu niepożądanych działań jest to usprawiedliwieniem. Cała dzisiejsza odmiana kolonializmu odbywa się pod egidą „niesienia kaganka cywilizacji” – nowe drogi, szkoły i przede wszystkim miejsca pracy. Przykry jest fakt, że wszędzie wygląda to tak samo, czy w Bangladeszu, w Argentynie, na Madagaskarze… W efekcie ich lekarstwa są częścią choroby. Najstraszniejszy jest chyba fakt, że tak naprawdę nie ma żadnego przepisu regulującego to, czy ktoś może nabyć ziemię na Madagaskarze – jeżeli ma odpowiednią ilość pieniędzy (i stwierdza, że tutejsi gospodarują ziemią w sposób „samowolny i niemądry”) to może spokojnie wykupić ogromne tereny z gwarancją „świętego spokoju” – to oznacza rugowanie tamtejszych rolników z ich ziemi (do której są bardzo przywiązani, co nie do końca możemy zrozumieć), a ponadto wywożenie plonów za granicę. Ryżu tam urodzonego nie wpuszcza się w obieg lokalnego rynku. Okrutne prawda? Ale jeszcze okrutniejsza jest świadomość, że takie barbarzyńskie wykupywanie ziem odbywa się za pośrednictwem naszych pieniędzy odkładanych na fundusz emerytalny.
 Faktem jest, że i tak na głodujących zwrócono największą uwagę po pierwszych zamachach terrorystycznych, gdy ludzie Zachodu zauważyli, że głodny człowiek to człowiek skłonny do wszelkiego rodzaju rebelii. A to rozwija kolejną szpulę wątków, których podłożem jest brak bezpieczeństwa żywnościowego. Żeby zdobyć jedzenie, musisz ukraść, sprzedać narkotyki, „zatrudnić się” w burdelu, chociaż nie rozumiesz czemu lekarz powiedział, że dziecko jest niedożywione, bo codziennie dajesz mu walwal; pójść na marsz polityczny, którego celu w ogóle nie rozumiesz, ale najważniejsze jest to, że za to Ci płacą; wysłać dziecko z garnkiem do jadłodajni, bo przecież Ty się nie przyznasz, że nie dajesz rady, wstydzisz się.
Wstyd występuje w „najlepszej” wersji. Wstyd albo nic – spokój. Tak umierają ludzie z głodu, powoli i bez krzyku.
Jest to książka napisana z niesamowicie odważnym rozmachem – dążąca do ukazania jak najpełniejszej całości. Głód – sam tytuł jest tak bezprecedensowy, że nie można jej nawet porównać do tysięcy dziennikarzy i urzędników używających eufemistycznych stwierdzeń w stylu „brak bezpieczeństwa żywieniowego” i ciągłego zasłaniania się cyframi, które są puste i wywołują u przeciętnego odbiorcy mniejsze emocje niż pojedyncze historie. Autor przyznaje się także do popełnienia tego błędu, ale stwierdza, że nie ma innego języka, który dobitniej by to przedstawiał.
Autor usilnie stara się dotrzeć jak najbliżej tego „zachodniego” czytelnika. W jego stabilnym życiu głód może w najlepszym przypadku stanowić metaforę nierówności. Najczęściej jednak wydaje to mu się czymś zamierzchłym, problemem, z głębokiego średniowiecza, z którym rozwój cywilizacyjny zdążył sobie poradzić. Więc jego relacja ma formę misternej mozaiki ułożonej ze statystyk i historii pojedynczych przypadków, aby uderzyć obuchem w głowę, pozbawić apetytu, wywołać smutek i przede wszystkim obrzydzenie. Zderzenie dotkliwych historii ofiar z ironicznymi odpowiedziami w stylu: „Więc mówię, nie trzeba udawać nawiedzonego: ojoj, nędza jednego człowieka jest moją nędzą, ach, jeśli jeden człowiek nie ma co jeść, nie mogę zasnąć – takie gadki są dobre, jak się chce poderwać naiwną laskę.” – jest niemalże psychologiczną zagrywką, której się „dajemy” i mamy ochotę rzucić książkę w kąt.
Oczywiście dość szybko zadajemy sobie pytanie, czy to aby na pewno nie jest wyolbrzymione? Jeżeli tak miałoby być, to w jakim celu?  Książka nie wspiera żadnej fundacji i nie prosi o pieniądze pod pretekstem pomocy dla biednych. Po co? Jak prawdziwy zaangażowany reportaż służy dobitnemu uświadamianiu. I tyle. Z jednym się jednak nie zgadzam. Autor bardzo często wspomina o przeludnieniu jako o rzeczy już dokonanej. Wydawałoby się logiczne – jeżeli są głodujący, to znaczy, że jest nas za dużo i nie możemy wszystkich wykarmić. Jest już faktem powszechnie znanym, że produkujemy żywność dla 9 miliardów, problemem jest jej właściwa dystrybucja. W związku z tym Caparrós tworzy nową definicję przeludnienia, której nadwyżkę stanowią Ci, niemający żadnego statusu społecznego, są wykluczeni, nie mają żadnej pracy, ani żadnej koniecznej funkcji. Nie są nawet proletariatem. Jest to według mnie kwestia najbardziej paląca – jeżeli dałoby się dostatecznie udowodnić, że Ci ludzie nie są odpadkami systemu, zabralibyśmy największy argument zachodniego człowieka – Ci ludzie umierają, bo muszą, bo takie są mechanizmy natury, która broni się przed zbyt dużym zagęszczeniem osobników jednego gatunku.
Oczywiście sam Caparrós nie wyznaje tej teorii i jak każdy zwykły człowiek z przyrodzoną sobie empatią chciałby temu zapobiec, lecz pozostaje tylko uczucie bezsilności. Bezsilność, która pogłębia się z każdą odwracaną stroną, by przerodzić się w frustrację i ostatecznie wybuchnąć wściekłością. To jedyne w co wierzy ten uparty dziennikarz – we wściekłość jako jedyny żywioł, który mógłby cokolwiek zdziałać. Faktycznie na razie wygląda to tak, jakby cała ta „świadoma” część świata mówiła: „Ach, jakże to oburzające mój drogi.” Samo oburzenie nigdy nie wywołało rewolucji. A zdaniem Caparrósa świat wymaga zmiany modelu społecznego i politycznego, a w konsekwencji zmianę systemu gospodarczego. Słusznie zauważa, że jest to zadanie niezwykle trudne, ponieważ żyjemy w epoce pozbawionej ideałów i autorytetów. Bez tej podstawy nie uda nam się zbudować jakiegokolwiek ruchu. Jest to jedyny promyczek nadziei lub raczej postawione zadanie przed nami w tej całej bezsilnej, heroicznej walce, gdzie trzeba skupić się na robieniu samym w sobie, a nie na budowaniu kolejnych „sukcesów”. Zadanie strasznie niekomfortowe dla czytelnika, bo z TAKĄ świadomością już nie można spokojnie siedzieć przy talerzu do końca życia.
Myślę, że to książka nie bez powodu okrzyknięta najważniejszą w 2016 roku. Jest to dobra pozycja, mierzona miarą właściwą dla literatury faktu – czyli ilością wybuchających emocji i ciągłych dyskusji. Może ten fakt niektórych bawi, ale cieszy mnie to, że stała się bestsellerem, jest popularna i wszyscy blogerzy i vlogerzy doszli do wniosku, że jednak warto opowiedzieć o ogromnym, moralizatorskim i nieatrakcyjnym dziele. Jak przystało na w miarę zobiektywizowany reportaż – dąży on do ukazania faktów, stąd nie proponuje niczego konkretnego na zamknięcie tej katastrofy, która pochłania „półtora holokaustu rocznie”. Odziera człowieka Zachodu z wszystkiego w co do tej pory wierzył: w fundacje, w jałmużnę, w modernizację rolnictwa, w Bono i papieża. Wszystko to osiąga przedstawiając jedynie dotychczasowe próby, które (jak widać) są zaledwie wytarciem kropelki w morzu.
            Mimo że momentami przywołuje niezwykle skomplikowane naukowe dane, jest to książka na swój sposób uniwersalna i poruszająca najgłębsze humanistyczne kwestie: na ile ludzie ze świata cywilizowanego (domniemani twórcy kultury) mogą mówić o humanitaryzmie, a w efekcie człowieczeństwie, jeżeli na coś takiego dają ciche przyzwolenie? Na ile możemy mówić o jakiejkolwiek ewolucji społecznej? I mimo że ta książka owszem jest porażką, bo jest zapisem klęski setek tysięcy ludzi, którzy nie mają przyszłości, a najśmielszym szczytem marzeń są po prostu dwie krowy. To trudne zadanie tego strumienia historii – pokazać człowiekowi tę perspektywę lub raczej jej brak. Caparrósowi i jego książkom często zarzucano „lewicowość”, czego się nie wstydzi, a wręcz nawet podkreśla, że jest to dla niego sposób na zmienianie świata. U niego lewicowość niezwykle klarownie łączy się z idealizmem. Więc ja też głęboko wierzę, że ta książka jest potrzebna.
„Mówienie o głodzie kończy się na mówieniu o głodzie.”

sobota, 19 marca 2016

"Szklany tron" Sarah Maas

#WielkobukoweWyzwanie2016
Powieść młodzieżowa



Szklany tron jest obecną, marcową lekturą w grupie BookAThonowej. Z początku podchodziłam do tej książki bardzo sceptycznie. Długo zastanawiałam się, czy ją w ogóle warto przeczytać, czy może bezstresowo odpuścić sobie to jedno wyzwanie. Ale potem zobaczyłam to:


(Uwaga to jest naprawdę szalone paplando)
Także nooo... Anitka złego gustu nie ma, więc pożyczyłam od koleżanki

Boże, ta okładka naprawdę jest paskudna.  

Ku mojemu zdziwieniu książka już mnie porwała od pierwszych stron. Po ostatnim, dość długim turnee lekturowym, miło było tak po prostu bezstresowo zanurzyć się we wciągającej historii.

 Zabójcze początki

Ale nie wyobrażajcie sobie, że było tak różowo od razu. Zaczęło się naprawdę paskudnie. Celaena - główna bohaterka - jest najlepszą zabójczynią w całej Erilei. Tak, zgadza się taka sobie słodka, osiemnastoletnia dzieweczka jest zabójczynią. I wielokrotnie nawet podkreśla się jej fantastyczną, kobiecą delikatność. Król tej magicznej krainy ogłasza turniej na Królewskiego Obrońcę, więc z całego imperium ściąga się największych rozrabiaków, aby walczyli o tytuł. W związku z tym nasza Celaena ma szansę na ucieczkę od ciężkich kopalnianych robót. Przenosi się do szklanego zamku.  Piękna, atrakcyjna i adorowana przez dwóch przystojniaków - wydawałoby się nuuuuudaa. Najbardziej jednak intrygowała mnie kwestia jej moralności. Denerwowało mnie to, że z zabójczyni robi się normalną dziewczynę, walczącą o swoje prawa. W sumie do tej pory mnie to zastanawia. 
A potem się rozkręciło. Powoli było widać, że ona sama się nad tym zastanawia. 

Do tego kapitan Chaol... <3

Chaol jest Kapitanem Gwardii. Dziwi mnie wybór bohaterki. Chaol może jest mrocznym, cichym mężczyzną, ale sama jego obecność w tej książce... rozgrzewała serducho. Dlaczego Celaena zamiast niego wybrała księciunia Doriana (który trochę kojarzył mi z owym fircykiem z Anny Kareniny) ? A ostateczna decyzja bohaterki... ehm... powiem tylko, że jest wykreowana naprawdę nieżyciowo. 

 Ten świat

Wszystko o wiele bardziej zaczyna się podobać, gdy poznajemy ten fikcyjny świat na tyle, aby się w nim zanurzyć. Świat tajemniczy, pełen magii, znanej, ale także zakazanej, pełen bóstw, znaków, języków, różnych "narodów", grup niespotykanych istot - słowem jest tam wszystko to, co ja prześmiewczo nazywam kolorytem kulturowym. Oczywiście jest to za poważne określenie. Na ten kolorowy świat nakłada się bohaterka, którą już lubicie i jej problemy i tak oto nie wiecie nawet kiedy skończyliście książkę, a chcecie WIĘCEJ. 


Na marginesie!

Już niedługo odsłona nowej strony!



Będzie ładnej, bardziej "profesjonalnie" i z większą ilością kanałów! Szykujcie się na otwarcie noszołaciarskiego facebooka i instagrama ;)

środa, 16 marca 2016

"To czysty spirytus"

#WielkobukoweWyzwanie2016
Klasyka literatury rosyjskiej

Tradycyjnie recenzję powinnam zacząć od opowiedzenia Wam o czym jest książka. 
I tu już pojawia się problem. Nie potrafiłabym Wam dokładnie streścić tej zwariowanej i poplątanej historii. Na pewno ją znacie. Klasyka. Lektura XD. Zacznę może od ogólnego wrażenia.  
Co za łeb! 
Można stworzyć książkę zabawną, a zarazem niezwykle mądrą? Można! W dodatku z niesamowitym światem, którego smak i zapach po prostu czujecie? Zakochałam się w tym zgoła nieoczekiwanym świecie pełnym magii, tajemnic i absurdu. Co więcej, tę otoczkę tajemniczości tworzyła także świadomość, że nie wszystko wyłapałam, być może nie dotarło do mnie wszystko to, co jest wartościowe, wszystko co chciał mi przekazać Bułhakow. (Owszem, może jestem troszeczkę przytępa) Ale bardziej chodzi mi o to, że ta powieść jest też narzędziem do krytykowania ówczesnej rosyjskiej rzeczywistości. A ja, rozkoszne dziecko, które wzięło i przyszło do Waszego świata  w 1997 roku, kiedy wszyscy byli już wolni i radośni, znam PRL z opowieści mamy (lub lepiej - od babci) a komunizm jest dla mnie kolejnym terminem do nauczenia się. Dlatego mam wrażenie, że nie wszystko zrozumiałam, nie wiem, w których momentach coś jest śmiesznym blagiem, a gdzie ten żart ma drugie dno. 
Coż, pożyjemy zobaczymy (Lub lepiej po rosyjsku Pażywiom uwidim - oto mój rosyjski :D) Przeczytam jeszcze raz, za kilka lat, z pewnością wyciągnę coś innego, nowego. To w końcu magia książek. 

Uwielbiam tę diabelską szajkę. A zwłaszcza kota Behemota. <3 Jak będę duża i będę mogła mieć koty to tego drugiego nazwę właśnie Behemot, na cześć Mistrza i Małgorzaty. Pierwszy będzie Łoskot - na cześć Ciemno, prawie noc. 


- To wódka? - słabym głosem zapytała Małgorzata. Kot poczuł się dotknięty i aż podskoczył na krześle.
- Na litość boską, królowo - zachrypiał - czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus. 
I jak go nie kochać???
Bułhakow bardzo często ma tutaj takie dygresje autoironiczne, odnośnie pisarstwa. Cały wątek Mistrza dotyczy właśnie jego stosunku autora do własnego dzieła.
- Po raz pierwszy wkroczyłem do świata literatury, ale teraz, kiedy już jest po wszystkim i kiedy moja zagłada jest oczywista, wspominam to z przerażeniem! - uroczyście wyszeptał mistrz i uniósł rękę - Tak, on tak mną wstrząsnął!
-  Kto? (...)
- No, redaktor, mówię przecież, że redaktor! Tak, przeczytał książkę. Tak na mnie patrzył, jakbym miał fluksję, patrzył w kąt i nawet chichotał ze zmieszania. Bez żadnej potrzeby miął maszynopis w palcach i chrząkał. Pytania, które mi zadawał, były, moim zdaniem obłąkańcze.
Hihihi. A potem to:
 - Łatuński! - wrzasnęła przenikiliwie. - Łatuński! To przecież on... Przecież on zgubił mistrza! (...)
Z kuchni do przedpokoju rwał już strumień. Chlupiąc  po wodzie bosymi stopami, Małgorzata wiadrami nosiła wodę z kuchni do gabinetu i wlewała ją do szuflad biurka. Następnie w tymże gabinecie rozbiła młotkiem drzwi szafy i pobiegła do sypialni. Rozbiła lustrzaną trzydniową szafę, wyciągnęła z niej garnitur krytyka i utopiła go w wannie (...)
Przecież to jest genialne! Albo to:  

- Proszę okazać legitymacje! - zażądała, patrząc ze zdziwieniem na binokle Korowiowa, jak również na prymus Behemota oraz na rozdarty rękaw tego ostatniego. 
- Tysiąckrotnie przepraszam, jakie legitymacje? - zapytał zdziwiony Korowiow.
- Panowie jesteście pisarzami? - zadała teraz z kolei pytanie obywatelka.
- Bez wątpienia - z godnością odpowiedział Korowiow.
- Proszę okazać legitymacje - powtórzyła obywatelka.
- Ślicznotko moja... - zaczął tkliwie Korowiow.
- Nie jestem ślicznotką - przerwała mu obywatelka.
- O, jakże tego żałuję - rozczarowanym głosem powiedział Korowiow, a następnie mówił dalej. - No cóż, jeśli sobie panie tego życzy, to nie musi pani być ślicznotką, chociaż to byłoby nader przyjemne. Więc, żeby upewnić się, że Dostojewski jest pisarzem, należy od niego żądać okazania legitymacji? niechże pani weźmie dowolne pięć stron pierwszej lepszej jego powieści, a przekona się pani, że ma pani do czynienia z pisarzem. Zresztą przypuszczam, że Dostojewski w ogóle żadnej legitymacji nie miał! (...)

- Ale pan nie jest Dostojewskim - powiedziała zbita z tropu przez Korowiowa obywatelka.
- Skąd to można wiedzieć, skąd to można wiedzieć! - odrzekł Korowiow
- Dostojewski umarł! - oświadczyła obywatelka, ale jakoś niepewnie.
- Protestuję! - gorąco zawołał Behemot. - Dostojewski jest nieśmiertelny!

(Tak, tą aluzję załapałam) Świetne, genialne, och, ach, aż nie wiem, co mam jeszcze napisać. A pragnę przypomnieć, że to jest tylko jeden z wątków. Podobał mi się ten względny chaos, bałagan, to poeta ma ksywkę Bezdomny, to że Bułhakow robi nas troszeczkę w bambuko i tytułowych bohaterów wprowadza później. Nawet tytuły rozdziałów mi się spodobały, np: Schizofrenia, zgodnie z zapowiedzią. A zakończenie! Michaile Ty mój, przecież z tego można tyle filozofii wyciągnąć! 
  

Szukajcie spokoju, gdzie tam gdzie go znajdziecie. Nawet u diabła.
Tym optymistycznym akcentem - kończymy.


poniedziałek, 7 marca 2016

Zawsze myślałam


    Zawsze myślałam, że jak w końcu zacznę pisać coś naprawdę udanego, to będzie się to zaczynać od słów Zawsze myślałam. Na przykład: Zawsze myślałam, że miłość powinna kierować naszym życiem; lub: Zawsze myślałam, że ludzkość jednak jest doskonała; albo: Zawsze myślałam, że hera odmieni moje życie. Problem w tym, że każda z tych propozycji jest już z góry spisana na straty. Stephen King mówi, że od pierwszego zdania najwięcej zależy. Patrz: to czy ktoś kupi książkę, czy też nie. W tym momencie przypomina mi się postać Granda z Dżumy Alberta Camusa, który swoją PRACĄ nazywał smakowanie różnych słów w tym samym zdaniu. Wolę już pisać coś tak bezsensownego jak to, niż iść za nim. 
   Wracając do pierwszego zdania. Dlaczego  ktoś miałby nie kupić mojej książki? Ponieważ dziś ludzie są diabelsko wyczuleni na punkcie prawdy. Ludzie chcą dzisiaj czegoś absolutnego i autentycznego, a najlepiej żeby to coś było jeszcze brutalne w swej namacalności. Tymczasem zdanie zaczynające się od zawsze myślałam przekreśla znaczenie dalszej części zdania. 
    Zawsze myślałam jest pojęciem cholernie abstrakcyjnym, czyli łatwiej - jest po prostu kłamstwem. Po pierwsze, który człowiek jest tak doskonały i w stu procentach przekonany o stałości swoich przekonań? Znaczy się: to obrzydliwa pycha! Co więcej, jeszcze ten ktoś chlubi się tym, że należy do tej niewielkiej części społeczeństwa, która myśli. Stawia się ponad innymi! A czymże jest to myślenie? Małpa przecież też MYŚLI, jak tu zdobyć jedzonko i podobno wychodzi jej to lepiej niż współczesnemu człowiekowi. (Takie badanie kiedyś widziałam - jak wyciągnąć orzeszek ze zwężonego wazonu. Obok stał dzbanek z wodą.  Tylko małpa wpadła na to, żeby wlać wodę, a orzeszek wypłynie. Prawdopodobnie była bardziej głodna.) Czyżby cywilizacja nas ogłupiała? A może nie jesteśmy godni myślenia o tak przyziemnych rzeczach? Jak czasem w mieście widzę grupę pijanych osiłków zaczepiających przechodzącą samicę, MYŚLĘ, że taka kategoria, dla niektórych, nie istnieje. No to jak jest z tym myśleniem? Już nawet przyjmując, że myślenie to nie jest nic wyjątkowego, to co z tym zawsze? Co to za wieczność myślenia autor chce nam przytoczyć? Zniżając się do jego ludzkiego poziomu, przyjmując, że to ZAWSZE to jego życie. To czy płód nie mający jeszcze w pełni wykształconego mózgu myśli? Czy ma on jakąkolwiek świadomość?  
   Dobrze, dobrze, ale rozłożyć dwa wyrazy na czynniki pierwsze, potrafi nawet dzieciak, który w wolnych chwilach rozwala budowle z klocków (to smutne, że już dzieci zdają sobie sprawę, z faktu, że wszystko buduje się w celu zniszczenia), a ja jeszcze nic nie zbudowałam.
    Tak naprawdę mój tekst zacznie się od zdania: Zawsze myślałam, że ludzkość jest jednak doskonała. Wiem, że gdybym wstawiła to jako pierwsze zdanie, to nikt nie wziąłby się za ten tekst. Prawda, udręczony czytelniku? A tym oto sprytnym zabiegiem przyciągnęłam Twoją uwagę. Myślałeś, że będzie nietuzinkowo? Takiego wała (!) z czterema stronami świata, w którym zamknęła się ludzkość. Nie potrafią pisać nietuzinkowo, bo walczą o swoją doskonałość. 


niedziela, 28 lutego 2016

"Ja? Nie chcę opowiadać..."

#WielkobukoweWyzwanie2016
Oparta na faktach

 
Nie wiem, czy jest się czym chwalić, ale autorkę znałam, zanim jeszcze dostała nagrodę Nobla. Jeszcze jakiś czas temu, kiedy pożerałam wszystko, co napisano, nagrano lub po prostu stworzono o katastrofie w Czarnobylu, natrafiłam na audiobook Czarnobylskiej modlitwy w naszej fantastycznej bibliotece. I z tych "wielkich" poszukiwań dla zaspokojenia niezdrowej ciekawości najbardziej pamiętam tę książkę. Ona była najstraszniejsza. 
Napisać taką książkę o wojnie, żeby niedobrze się robiło na myśl o niej, żeby sama ta myśl była wstrętna. Szalona. Żeby nawet generałom zrobiło się niedobrze.
Wszystko się zgadza z tytułem - wojna nie ma w sobie nic z kobiety, ani w ogóle z człowieka. Przedstawione w stylu Aleksijewicz - do opisu jednego zjawiska zbierzmy setki ludzi. Każdy rozdział jest przeznaczony na oddzielny problem, z jakim musiały się borykać rosyjskie kobiety podczas II wojny światowej. Historie, nie tylko kobiet, które służyły w wojsku, ale też praczek, matek, dziewczynek... Czasem, jedną opowieść tworzy dwadzieścia osób, czasem jest to pojedyncza relacja. Bez żadnych górnolotnych słów, opowiadają ludzie prości, doświadczeni i to odgrywa tutaj wielką rolę w odbiorze tego zbioru.
(...) język i uczucia ludzi wykształconych często w większym stopniu ulegają obróbce czasu. Zapisane są jego szyfrem. Zarażone cudzą wiedzą.
 Gdy zwróci się uwagę na mnogość wszystkich nazwisk tu występujących, powoli dociera jak wiele jest takich smutnych żywotów. Pojedyncze wątki zaczynają się ze sobą zlewać pozostawiając w głowie tylko wrażenie ogromnego, przerażającego chóru. Reporterka zainteresowała się tym tematem, ponieważ wyszła z założenia, że za dużo mówi się o "męskiej" wojnie, historii faktów, frontów, broni, historii bez duszy. Warto też zwrócić uwagę, że pisanie książki zostało ukończone w 1985, kiedy jeszcze nie o wszystkim wolno było pisać. Trzeba przyznać, że to bardzo odważne przedsięwzięcie.
Ja mam więcej konkretnej wiedzy wojskowej, a ona uczuć.
Jeszcze nigdy wcześniej nie czytałam takiej książki. "Kobieca" wojna faktycznie jest całkiem inna. Przede wszystkim ma więcej odcieni szarości. Nie wiem, dlaczego. Może właśnie, z powodu tej emocjonalności, która nie pozwala na patrzenie na świat w kategoriach czarno-białych. Oczywiście, też trzeba pamiętać, że tamte kobiety były inne. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że wrażliwsze. Przed wojną kobiety nie miały np. dostępu do brutalnych krwawych filmów, a nie ukrywajmy też, że większość nie miała pracy. To były młode 16-20  letnie dziewczyny, niektóre uczące się, niektóre mieszkające na wsi, mamy od dziecka uczyły szyć, zaplatać warkocze, ładnie się ubierać... Spodnie? Dopiero na wojnie. 
Każdemu rannemu powinnyście mówić, że go kochacie. Bo miłość to wasze najskuteczniejsze lekarstwo. Miłość chroni, daje siły potrzebne do przeżycia
Bardzo mocno przeżywałam. Czasem, dochodziło do apogeum i musiałam PRZESTAĆ. To jest brzemię. Mi czytało się z ciężkim sercem... a one z tym żyją. Niesamowite jest podejście Swietłany. Zachowuje wszystko, każde zachowanie, płacz, westchnięcie. Nagle wojna staje się człowiecza. To znaczy... Wszystkie się zgadzają, że jest to "zjawisko" nie do pojęcia przez ludzki umysł. Taki wymiar cierpienia. Po tej lekturze widać, że jest to stanowczo coś, co przekracza ludzką skalę. Ale mistrzostwo tu polega na pokazaniu tej skali.
Ojejej... Boże ty nasz... Miłosierny...
Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że wojna jest istnym pogwałceniem natury, ale tu odsłania się kolejna płaszczyzna. Ta, która ma dawać życie, uczy się zabijać.
Marsz trzydziestokilometrowy. Trzydzieści! Dziki upał... I po nas czerwone ślady na piasku... Czerwone. No, te sprawy... Nasze... Jak tu można co ukryć? Żołnierze idą w ślad za nami i udają, że nic nie widzą... Nie patrzą pod nogi... Spodnie na nas zasychały, robiły się jak ze szkła. Zdzierały skórę. 
Nie ma drugiej takiej książki o wojnie.
Ale czy da się zmyślić coś takiego? Od kogo można to odpisać? Jeśli można, to tylko od życia, tylko ono ma taką wyobraźnię.






wtorek, 16 lutego 2016

Proces myślowy

Nie myślę. 
I fajnie mi tak.
Mogę sobie pobazgrolić. 

Ciekawe, czy Bóg rzeczywiście jest efektem zmarszczek wszechświata?
Pewnie jak przyjdę na ten ostateczny proces do Boga, to może tam zacznie się mój proces myślowy. Co wtedy pomyślę?

COŚ. TŁUSTE CZOŁO.
Jak wygląda czoło Boga? Zgodnie z definicją czoło Boga musiałoby być najbardziej wystającą częścią ciała. Lub myśli. Jeżeli Bóg jest tylko konsystencją myśli... Ciekawe jakby to było zaliczyć z bogiem czołówkę. 
- JAK SIĘ USPRAWIEDLIWISZ?
- NIE ISTNIEJESZ. HE HE HE 




P.S. Wiedzieliście czemu Pratchett napisał tyle książek? Większość twierdzi, żeby się sprzedały. Po dzisiejszym przejrzeniu jego pośmiertnego wydania Kiksów klawiatury wniosek jest bardzo prosty. 
Pisarz (jak nazwa wskazuje) ma pisać. Jeżeli pisarz nie pisze, to znaczy, że jest nierobem.

środa, 3 lutego 2016

Podryw na świecącą trawę



Tego dnia, gdy poznałem Ewę, poszliśmy po lekcjach na pączki. Niedaleko liceum była mała prywatna cukiernia. Już jej nie ma, niczego już nie ma. Kupiłem całą torbę pączków i kefir truskawkowy w spożywczym, a potem jedliśmy te lepkie od lukru, tłuste ciastka na skwerze przed szpitalem położniczym. Nigdy przedtem nie widziałem, by dziewczyna tak jadła. Nie łakomie, raczej zawzięcie. Odgryzała wielkie kawały i oblizywała wargi. Wokół ust miała drobinki lukru i marmolady. Patrzyłem zafascynowany i coraz bardziej podniecony. Chciałem całować jej polukrowane usta, zlizywać cząsteczki różanej marmolady. Ostatniego pączka zastawiła dla ciebie i wepchnęła tutkę do płóciennej torby na ramię. "Mam młodszą siostrę" powiedziała, "gdyby nie to, zjadłabym jeszcze jednego". Pamiętam tamtą chwilę jakby była wczoraj. (...)
Siedzieliśmy w pełnym słońcu, trawa na skwerze była tak zielona, jak zdarza się tylko w snach. Ewa z przechyloną głową wysączyła ostatnie krople kefiru, wytarła usta brzegiem dłoni. "Wiesz dlaczego trawa jest tu taka zielona?" Pokręciłem głową. "Bo chowają w niej trupki". "Trupki?" "Ze szpitala. Martwe płody i noworodki. W jesienne noce zakopują tu całe kosze ciałek. Niektóre mają dwie głowy, cztery ręce, skrzela, pokryte są futrem". Martwe płody nie mogły mnie przerazić, bo byłem synem ginekologa i miałem za parę lat zostać lekarzem, ale chciałem zrozumieć sens jej opowieści. "Dlaczego je tu zakopują?" "Bo faceci z krematorium sprzedają węgiel na lewo. Piją" wyjaśniła, jakby to była najoczywistsza rzecz. "Podczas pełni księżyca unosi się tu seledynowa poświata. To dusze tych dzieci. Wcale nie są smutne. Cieszą się, że nie żyją. Chciałbyś zobaczyć? Możemy kupić wino, i może parę pączków, i czekać na tej samej ławce. Chyba nie boisz się duchów?" Wiem, że mnie sprawdzała. Chciała wiedzieć, czy się nadaję. 


 - fragment powieści Ciemno, prawie noc Joanny Bator